Aktualności











Premiera "Harper" w Teatrze Dramatycznym


Trwają próby do spektaklu "Harper" Simona Stephensa w reż. Natalie Ringler. Premiera odbędzie się 9 grudnia na Scenie na Woli im. Tadeusza Łomnickiego.

Czasami trzeba po prostu wstać i wyjść zostawiając wszystko za sobą. Czasem czujemy, że nie można dłużej zwlekać ze zmianą, bo zastygniemy jak muzealny eksponat. W takiej sytuacji jest właśnie bohaterka sztuki. Wiadomość o nieuchronnie zbliżającej się śmierci ojca, powoduje, że Harper postanawia spotkać się z nim po raz ostatni. Rzuca pracę, a córce i mężowi nawet nie mówi o wyjeździe. Podróż okazuje się przygodą życia, która zmusi bohaterkę do zadania sobie pytań o najważniejsze sprawy - miłość, lojalność wobec najbliższych i własne miejsce w świecie.

Sztuka Simona Stephensa, autora między innym "Dziwnego przypadku psa nocną porą" bez cienia dydaktyzmu mówi o sile duchowego przebudzenia i niezgodzie na powszechną desperację.

Simon Stephens to jeden z najciekawszych współczesnych dramatopisarzy brytyjskich, związany z londyńskimi teatrami The National Theatre, Royal Court Theatre i Lyric Hammersmith. Należał do punkowego zespołu Country Teasers. o konfrontacji z traumatycznymi wydarzeniami i przemocą, relacje między ludźmi pokazuje często w kontekście rodziny. W "Port" (nagrodzonej Pearson Award for Best New Play), autor śledzi losy Rachel wychowującej się w blokowisku, w sztuce "On the Shore of the Wide World" (nagrodzonej w 2005 roku Olivier Award dla najlepszej nowej sztuki), opowiada o trzech pokoleniach Holmesów w obliczu śmierci najmłodszego członka rodziny. W "Motortown" opowiada o Dannym, żołnierzu powracającym z Iraku, który nie może odnaleźć się w rzeczywistości rodzinnego miasta, w "Pornography" pokazuje sceny z życia Londynu rozgrywających się tuż przed zamachami terrorystycznymi. Autor został trzykrotnie wybrany przez krytyków najlepszym zagranicznym dramatopisarzem w plebiscycie ogłoszonym przez niemiecki magazyn teatralny Theatre Heute.

Krytycy podkreślają, że mimo podejmowanych przez Simona Stephensa tematów, jest w jego sztukach optymizm i afirmacja życia, a język, chociaż często dosadny, charakteryzuje się ciętym humorem.

Natalie Ringler -urodzona w Szwecji córka polskich marcowych emigrantów, absolwentka reżyserii w krakowskiej PWST i Dramatiska Institutet w Sztokholmie. Wyreżyserowała m.in.: "Blvingar" i "Flygande Handläggaren" G. Larsson w Folkteatern w Göteborgu, "Thords värld" M. Montelius w Teater Galeasen w Sztokholmie. Reżyserowała w Szwecji również sztuki Doroty Masłowskiej ("Między nami dobrze jest", "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku) i Tadeusza Słobodzianka. "Nasza klasa" w jej reżyserii zwyciężyła w kategorii "teatr" i była nominowana do nagrody kulturalnej roku szwedzkiego dziennika Dagens Nyheter. W Teatrze Dramatycznym wystawiła w 2015 roku sztukę "Bent" Martina Shermana.

Premiera: 9 grudnia
Kolejne spektakle 10 i 11 grudnia

Bilety: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. , 22 656 68 44
 















Fascynacja przemocą jest silniejsza niż nudna codzienność demokracji

"Jak patrzy się na działalność niektórych polityków, gołym okiem widać, że ich inspiracją do działań nie są wielcy demokratyczni politycy, którzy szanują przeciwników i próbują prowadzić z nimi dialog, tylko rozmaici skuteczni na chwilę autokraci. Nie chodzi o to, żeby kogoś porównywać do Hitlera czy Stalina. Chodzi o to, że mechanizm fascynacji przemocą jest silniejszy niż mechanizm fascynacji nudną codziennością demokracji" - powiedział w rozmowie z dziennik.pl Tadeusz Słobodzianek. Z dyrektorem warszawskiego Teatru Dramatycznego rozmawialiśmy o tym, czy sztuka pomaga nam uporać się z trudną historią i dlaczego w polskiej kulturze i polityce widać fascynację przemocą i oprawcami.

Anna Sobańda: Na afiszu Teatru Dramatycznego, którego jest pan dyrektorem, znajdują się sztuki "Nasza klasa", "Młody Stalin" czy "Niedźwiedź Wojtek" podejmujące tematy historyczne. Czy sztuka jest dobrym sposobem na opowiadanie o historii?

Tadeusz Słobodzianek: Myślę, że tak, oczywiście równolegle z nauką. Kostium historyczny to fascynująca możliwość uruchomienia wehikułu czasu, który pokazuje, że żyjemy w ciągłości kondycji ludzkiej. O ile nie jest maską, za którą skrywamy nasze dzisiejsze lęki, depresje i frustracje.

Jednak kiedy o historii mówimy językiem sztuki, zawsze dostajemy jakąś jej interpretację.

Nauka też jest interpretacją. Wszystko jest interpretacją. Podstawowe księgi ludzkości: Biblia, mity greckie, baśnie hinduskie czy skandynawskie sagi – też są interpretacjami relacji człowieka z Bogiem i historią. W oparciu o te interpretacje, my budujemy własne. Filozofia dawno pokazała, że nie ma obiektywnej prawdy. Wszytko służy jakimś celom, często doraźnym, politycznym. Jeśli interpretacja jest związana z jakąś ideologią, może być bardzo szkodliwa. Ale nie wypacza historii jako takiej, tylko nas i nasze o niej myślenie. Zwłaszcza kiedy piszemy historię do tyłu, czyli projektujemy ją na nasz dzisiejszy obraz i podobieństwo. Oczywiście należy korzystać z dzisiejszej wiedzy o społeczeństwie i człowieku, szukać punktów stycznych z nami dzisiaj, aby ten akt twórczy był płodny i służył nam do lepszego poznania samych siebie. Wówczas historia może spełniać swoje podstawowe posłannictwo jako magistra vitae.

Nie wszystkim artystom, sięgającym po tematykę historyczną, przyświeca taki cel.

„Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki ma działać ku pokrzepieniu serc i pokazywać, że byliśmy dzielni i wspaniali. Przeciwieństwem jest Goya i jego „Rozstrzelanie powstańców madryckich”. Oglądając ten obraz dzisiaj, widzimy okrucieństwo wojny i przemoc, ale przy okazji jest to jeden z największych obrazów świata. Kolor, ekspresja, przedmiotowość nie mają sobie równych. A tymczasem, w „Bitwie pod Grunwaldem”, jak twierdzą znawcy, wiele rzeczy się nie zgadza, poczynając od perspektywy, a kończąc na symbolice, tej zbiorowej polskiej imaginacji, będącej w istocie monumentalną teatralną atrapą. Kostiumy i broń nie mają nic wspólnego z epoką, zostały powyciągane z magazynów operowych czy teatralnych, malarz przebierał w nie swoich znajomych, by następnie ich malować. Matejko i Goya reprezentują dwa istotne podejścia do tematu. Goya to sztuka wybitna i jednocześnie zaangażowana, która mimo upływu czasu wciąż wywołuje refleksje, a Matejko to sztuka panegiryczna mająca dodawać otuchy w ciężkich chwilach, która dziś jest trochę śmiesznym symbolem pychy. Wiem, że nie powinno się porównywać twórców, zwłaszcza takich, którzy tworzyli w rozmaitych kontekstach, ale dziś oba obrazy wiszą w czołowych muzeach świata, przyciągają tłumy turystów i coś bardzo istotnego nam o nas mówią.

Mamy w naszej historii ciekawe tematy dla sztuki?

Polska historia jest pełna takich zdarzeń, ale trzeba opowiadać o nich bez ideologicznego zamysłu. Mieliśmy bardzo heroiczne momenty, kiedy liczono się z nami w Europie, mieliśmy szacunek i szansę na mocarstwową pozycję. Później jednak pieczołowicie, własnymi rękami, wszystko niszczyliśmy. Nasza historia też jest pełna polskiego piekła, do którego diabeł nie musi się wtrącać, żeby funkcjonowało.

Cały wywiad na stronie Dziennik Gazeta Prawna: link do źródła















Wizyta starszej pani, czyli kto ma władzę, ustala (prawo i) sprawiedliwość....

Pisze Włodzimierz Neubart na blogu Chochlik Kulturalny.



"Wizyta starszej pani" Friedricha Dürrenmatta, pokazana w Teatrze Dramatycznym na otwarcie sezonu, okazała się słusznym wyborem. Nie tylko podtrzymuje rangę głównej sceny im. Gustawa Holoubka, ale też pokazuje, że w teatrze wszystko jest możliwe. Realizm ma prawo wymieszać się z groteską, jawa ze snem, a sceniczna adaptacja może posługiwać się teatralną metaforą. Spektakl w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego jest jednocześnie godnym sposobem na uhonorowanie jubileuszu 45-lecia pracy Haliny Łabonarskiej (swoją drogą, patrząc na aktorkę, zastanawiamy się, czy początek kariery przypada na okres przedszkola?).

Minęło już sześćdziesiąt lat, odkąd sztuka Dürrenmatta została wystawiona po raz pierwszy. Wiele innych tekstów zestarzałoby się w tym czasie potwornie, "Wizyta starszej pani" okazuje się jednak bardziej uniwersalna. Duża w tym zasługa toposów wykorzystanych przez autora. Konotacje z tragedią grecką wydają się także uzasadnione, problem winy i kary, przeznaczenia i sądu, wreszcie ofiary i zemsty za nią rysuje się tu bowiem równie mocno. Do tego jeszcze bohaterka, Klara Zachanassian, uosobienie niejednego mitologicznego bóstwa.

Metafora, groteska a realizm

Choć najnowsza "Wizyta starszej pani" w ujęciu Wawrzyńca Kostrzewskiego jest w zasadzie bliska przesłaniu autora sztuki, reżyser pokusił się o sporo zmian. Ta najbardziej widoczna to oczywiście zakończenie, które ma nam dać możliwość snucia alternatywnych wersji dalszych wydarzeń, jednak z powodzi przekształceń rzucają się w oczy również nazwiska i nazwy miejscowe. Choć z daleka czuć, że tekst Dürrenmatta odnosi się do Polski i jej mieszkańców w opozycji do świata Zachodu, przynajmniej teoretycznie starano się uniknąć dosłowności. Stąd samo miasteczko dzięki scenografii jest raczej symbolem, mogącym odnosić się do każdego miejsca na świecie. Zaszalano natomiast z nazwami własnymi. Gnojewo zamiast Güllen to jeszcze nic takiego, ale już malownicze nazwiska bohaterów - owszem. Efekt został osiągnięty, publiczność śmieje się przy co ciekawszych nazwiskach (i słynnym Teatrze Dramatycznym w Cielakowie), wydaje mi się jednak, że o wiele lepiej prostą duszę bohaterów oddaje to, co dzieje się na scenie. Sam przekład Ireny i Egona Naganowskich, choć dobry, razi mnie nieco tymi przewidywalnymi w zasadzie środkami komicznymi.

Taki gość!

Rzecz dotyczy społeczności małego, ubogiego miasteczka, które wizytuje miliarderka Klara Zachanassian. Każdy z mieszkańców w skrytości ducha marzy o tym, że najbogatsza kobieta świata okaże mu swoją hojność. Nawet jej dawny kochanek, Alfred Ill, ma pewne nadzieje. Pojawienie się pięknej pani burzy cały ład małomiasteczkowej grupy. Niby pozwala przypuszczać, że każdemu pomoże odmienić jego smutny żywot, niby zapowiada hojne donacje na rzecz nie istniejących jeszcze nawet instytucji, a jednak nikt nie wie, że miła Klara realizuje w miasteczku swój misterny plan. Ten plan to zemsta. Oto bowiem kilkadziesiąt lat temu zaszła w ciążę, jednak Alfred, postawiony przed sąd, by uznał ojcostwo, wyparł się tego faktu i wygrał sprawę, przekupując dwóch pijaczków, którzy poświadczyli, że to oni spali z dziewczyną. W atmosferze skandalu, powszechnie potępiona Klara wyjechała z miasteczka. Została prostytutką, by jakoś przeżyć. Miała jednak to szczęście, że wpadła w oko bogatemu klientowi, wyszła za niego, a po jego śmierci budowała majątek wychodząc za kolejnych bogatych mężczyzn.

Mojra - dintojra

Minęły lata. Klara Zachanassian przyjeżdża do Gnojewa w aurze kobiety światowej, najbogatszej na świecie. Może wszystko. Wydaje się, że wystarczy, by kiwnęła palcem, a każdy z jej świty uczyni wszystko, czego tylko ona sobie zażyczy. Czując zapach pieniędzy, mieszkańcy byliby również skłonni w tym pochodzie uczestniczyć. Będą zresztą mieli szansę, ponieważ dawna koleżanka ma dla nich pewną propozycję.

Jest niczym mitologiczne Mojry. Włada ludzkimi losami, tka przeznaczenie tych, na których zwróciła uwagę. Mieszkańcom miasteczka proponuje miliard za zabicie Alfreda Illa. To ma być przecież zadośćuczynienie za krzywdę, którą jej uczynił. Ludzie reagują honorowo - odmawiają. Jednak czy ktoś widział ten miliard? Ile za to można byłoby kupić! Nawet gdyby podzielić pieniądze między wszystkich Od chwili, gdy lekarz i inni zaczną chodzić w nowych butach, kupować drogie towary (jeszcze na kredyt), los Alfreda Illa wydaje się być przesądzony. Jednak Klara okaże się nie tylko boginią jego losu, ale i pozostałych mieszkańców. Jako Kloto objawiła się tylko dając życie swojej córeczce, która zmarła, zatem za karę niczym Lachesis - szykuje teraz przeznaczenie wszystkich, których zostawiła za sobą wyjeżdżając w niesławie z Gnojewa. Wie doskonale, co robi, zadbała już dawno o to, by życiem swoich "podopiecznych" sterować całkowicie. Gdy przyjdzie czas - objawi się jako Atropos, która nieodwracalnie zmieni bieg historii.

To właśnie Klara okazuje się być panią przeznaczenia. Sama niezniszczalna, wiecznie młoda. Chyba te nowe części - chciałoby się powiedzieć, bo przecież kobieta ma protezę nogi, sztuczną rękę, w zasadzie cudem uniknęła śmierci w takich wydarzeniach, jak choćby katastrofa samolotu. Wszyscy zginęli, ona nie...

Prawo i sprawiedliwość

Nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć finał. Mechanizm dochodzenia do niego został ukazany z zadziwiającą trafnością, co stanowi niewątpliwy walor przedstawienia. Często proces ten dzieje się jakby poza sceną i jesteśmy tylko informowani o jego efektach, tutaj śledzimy go na bieżąco. Wspaniale.

Słowo "sprawiedliwość" nabiera zupełnie nowego znaczenia, a niewypowiedziane "prawo" dźwięczy w uszach niczym zły szeląg. Smutny koniec Alfreda nastąpi podczas przyjęcia z udziałem prasy, ktoś zgasi światło i stanie się, co musi się stać. Miliard - tyle warte było ludzie życie. Tylko czy to był lincz, czy naprawdę tylko atak serca?

Chociaż publiczność żywo reaguje na kryjące się w tekście sztuki aluzje i dwuznaczności, spektakl unika na ogół tanich chwytów w postaci odniesień do polityki czy aktualnej historii Polski.

Klara - miasteczko

Wspomniana opozycja wysuwa się naturalnie na plan pierwszy historii opowiedzianej przez Wawrzyńca Kostrzewskiego. Cyniczna bohaterka niemal przez czterdzieści pięć lat (kolejny związek z jubileuszem grającej ją aktorki!) planowała zemstę. Dziś, także z powodu tego, jak bardzo inna jest od wszystkich, przypomina Nemezis, boginię przeznaczenia, tylko dziwnie złośliwą i nieustępliwą. Ona realizuje misterny plan, który nie pozwala mieszkańcom miasteczka wywinąć się jej "sprawiedliwości". Najpierw wykupuje wszystko w Gnojewie, każdą piędź ziemi, budynek, szopę. Później pojawia się, by zawładnąć jeszcze duszami tych biednych ludzi. Kupuje je, bo przecież, jak się okazuje, każdy ma swoją cenę. Nie robi nawet w zasadzie nic złego, bo przecież w nowej rzeczywistości, w zaprogramowanym społeczeństwie system wartości mieszkańców jest dokładnie taki jakiego życzy sobie Klara. W tym kontekście można bohaterkę porównać także do Wolanda, który zamiast do Moskwy trafia do Gnojewa (świta też jest, a jakże!), by tam wprowadzić nowy ład i ubić interes. Tak interes - to klucz do wszystkiego. Bo przecież zemsta to już przebrzmiała sprawa. Upłynęło wiele czasu, to już nie o nią chodzi, raczej o satysfakcję z posiadania nieograniczonej władzy.

Jak się okazuje, społeczeństwo można zjednoczyć bazując na obietnicach dobrobytu i filozofii odwetu. Iluzja sprawiedliwości, absurdalna przecież, staje się dogmatem. Sterować zaś ludźmi wcale nie jest tak trudno.

Gdy źle się dzieje, łatwo zmienić zdanie

Dlaczego Klarze tak łatwo jest sterować ludźmi? Kto ma pieniądze, ten rządzi - sama to tłumaczy. Ale nie tylko o to chodzi. Z perspektywy społeczności widać, jak łatwo ludzie dają się mamić iluzją lepszego świata. Wiara w kłamstwo narasta, gdy ludzie pragną zmiany, można im wtedy wiele wmówić (nawet zbrodnię da się przecież usankcjonować boską sprawiedliwością). Kiedy zaś wejdzie się na drogę zbrodni, nie ma już odwrotu. Takie społeczeństwo musi upaść. Działalność Klary dotyka więc każdego członka społeczności Gnojewa. Widać, jak perspektywa zmiany antagonizuje ludzi. Jak bardzo dzieli i gubi. W tym wymiarze "Wizyta starszej pani" jest czytelną przestrogą dla nas wszystkich

Realizm poruszanych problemów a zabawa formą

Spektakl jest jakby stworzony z myślą o widzach z wyobraźnią. Chociaż na płaszczyźnie ludzkich dramatów stara się być dość realistyczny, Wawrzyniec Kostrzewski eksperymentuje z formą. Stąd samo miasteczko ma tylko wymiar symbolu, brak jest konkretnych budowli, strojów, wszystko opiera się raczej na zasadzie drabiny bytów i pozycji zajmowanych przez członków społeczności. Mało tego, ogromne znaczenie ma fakt, iż sugeruje się nam, że to wszystko to tylko taka przypowieść, wizja, przestroga. Przecież wszystko dzieje się na granicy jawy i snu. Na scenie wciąż sączy się delikatna biała mgiełka, która, spowijając bohaterów, zarazem odgradza ich od naszego, realnego świata. Wszystko potęguje światło, które dodatkowo czyni bohaterów czymś w rodzaju marionetek w teatrze życia. To czytelny znak, że twórcy spektaklu odżegnują się od realizmu plastycznego.

Biorąc pod uwagę ten fakt, stajemy przed sytuacją, w której oglądanych wydarzeń nie da się odnieść do jakiegoś konkretnego czasu. Siła "Wizyty starszej pani" tkwi w uniwersalności przekazu. Spektakl może mieć tak wiele interpretacji i każda będzie poprawna. Widz bowiem odniesie go do własnej sytuacji.

Bohaterowie drugiego i trzeciego planu

Ogromne wrażenie robią na mnie bohaterowie drugiego, a nawet trzeciego planu. Mateusz Weber jako Konduktor całkowicie zrywa z wizerunkiem, do jakiego nas przyzwyczaił. To taka maleńka perełka, której się nie da zapomnieć. Weber wraz z Krzysztofem Szczepaniakiem stają się też faworytami publiczności jako Dziennikarze. Z porcelanowymi zębami, wyglansowani, robią cyrk z poważnego przecież procesu. Takie amerykańskie zachowanie. Gruba kreska, karykatura, groteska, ale zarazem uderza w czuły punkt.

Łukasz Lewandowski jako Nauczyciel ukazuje bezsens idealizmu dobrego człowieka i jego niemoc w starciu z fałszywą strukturą społecznego dobra. Niemoc totalną, bo wystarcza jedno głosowanie, by zmienił zdanie Małgorzata Niemirska jako żona jest jednocześnie rozkosznie zabawna i przeraźliwie dramatyczna. Świetna rola. Zastanawiałem się, jak ona wypadłaby w roli Klary (byłaby pewnie bardziej władcza, wręcz demoniczna).

Henryk Niebudek w roli Burmistrza ujawnia całą małość urzędu w starciu z potęga pieniądza i władzy absolutnej. Płaszczy się i wije, byle tylko uzyskać łaskę instancji nadrzędnej, w tym wypadku kobiety, która nie cofnie się przed niczym, by zrealizować swój plan. Burmistrz budzi politowanie, jest marionetkowy. Za fasadą urzędowych gestów (nawet stroju) kryje się pospolitość Przypadek?

Nieźle wypadają mieszkańcy miasteczka: Anna Gajewska, Małgorzata Rożniatowska, Waldemar Barwiński i Robert Majewski. W tym całym podobieństwie ideologicznym są mimo wszystko różni (nie wiem tylko, czy w pierwszej scenie ich brak koordynacji jest zamierzony, by wskazać, że nikomu już tak naprawdę na niczym nie zależy, czy to jednak błąd techniczny?).

Wyrazisty jest Proboszcz (Andrzej Blumenfeld) i Koby - ślepiec, który kłamał w sądzie na korzyść Illa (Mariusz Wojciechowski). Patrzy się na niego nie bez zdziwienia, bo kostium i zachowanie bohatera stoją do siebie w opozycji (a i w jednej postaci zawarto cechy aż dwóch z literackiego pierwowzoru), jednak aktor wychodzi z tego zabiegu obronną ręką.

Inny od wszystkich jest też Łukasz Wójcik - ochroniarz Klary, który gra jednak przede wszystkim swoją fizycznością, współczesną do bólu. Nie jestem pewien, czy gangster z Manhattanu powinien wyglądać jak hipster z Placu Zbawiciela, ale efekt jest... Może tylko Zdzisław Wardejn nie podoba mi się jako Policjant (ale to wina fatalnej dykcji aktora).

A przecież wspomnieć trzeba jeszcze o kilku małżonkach Klary. Wszystkich gra Mariusz Drężek, momentami manieryczny, a jednak przejmujący. Wie, co robi.

Człowiek, który poddał się losowi

Alfred został przez Adama Ferencego sportretowany z wyczuciem jako jedna z najważniejszych osi dramatycznych wydarzeń. Męczennik, który rozumiejąc swój los, poddaje mu się. Godność, poświęcenie? Interpretować tę postać można na wiele sposobów. Przecież widzi absurd całej sytuacji. Walczy z nią początkowo, ale przecież rozumie, że tłumu nie da się zatrzymać. Poddaje się i jakby oddaje w ofierze w imię dobra tej społeczności, która złoży z niego daninę na rzecz rozlicznych korzyści dla wszystkich.

Koncert, koncert, koncert!

"Wizyta starszej pani" to jednak przede wszystkim popis Haliny Łabonarskiej w roli Klary. Jej zwycięstwo to sukces przedstawienia. Pracują na nią wszyscy: aktorzy, którzy budują tę opowieść, fryzjerzy i makijażyści (bo wygląda znakomicie), kostiumograf (Aneta Suskiewicz), oświetleniowcy (pod okiem Mikołaja Jaroszewicza). Jednak to, co najważniejsze, aktorka tworzy na scenie sama. Klara jest sprawcą wszystkiego i zarazem odbiorcą. Bije z niej fascynująca prawda o zepsuciu, które prowadzi do deprawacji całego społeczeństwa. Tylko dlatego, że można, że ma się władzę!

Ona w całej tej (nieco nawet groteskowej) historii jest po prostu cyniczną kobieta, która bawi się ludźmi, mając środki, by zawładnąć całym ich życiem. Jest jak Woland z "Mistrza i Małgorzaty), jak Medea z tragedii greckiej i jak demiurg, który tworzy świat takim, jaki jawi się w jego głowie (a że pomysł chory, to i efekty łatwe do przewidzenia). Klara w ujęciu Haliny Łabonarskiej jest kobietą, która posiadła władzę sterowania społeczeństwem. Iluzja nowego - starego systemu wartości, jaką tworzy to znany nam skądinąd kult politycznego odwetu, rodzaj filozofii, która kłamstwo stawia w roli prawdy absolutnej, a zbrodnię nazywa sprawiedliwością.

Od pierwszej chwili widać, że aktorka stosuje zupełnie inne środki dla oddania charakteru Klary Zachanassian, niż jej znamienite poprzedniczki w tej roli (choćby Barbara Krafftówna, Maja Komorowska czy Krystyna Janda). Owszem, emanuje siłą, jednak jest to raczej rodzaj poświaty, która spowija ją całą. W zachowaniu i relacjach z ludźmi Klara zachowuje pozory "normalności", momentami wydaje się aż nazbyt delikatna. I tym wygrywa! Początkowo byłem przekonany, że to błąd. A przecież w ten sposób Klara może najłatwiej podejść swoje ofiary. Tworzy iluzję, dzięki której w odpowiedniej chwili będzie mogła zniszczyć wszystko i wszystkich. Raz jeszcze - czy czegoś nam to nie przypomina?

Plusy i minusy

Uwiodła mnie bez reszty w spektaklu muzyka Piotra Łabonarskiego (przywodząca na myśl filmy Petera Greenawaya). Ten powracający wciąż motyw muzyczny jest przepiękny. Znakomita jest też praca świateł (brawa dla Mikołaja Jaroszewicza). Niespecjalnie za to spodobała mi się scenografia. Rozumiem umowność, dostrzegam znaczenie tych wszystkich poziomów wzniesionej na scenie konstrukcji, jednak mam wrażenie, że coś takiego widzieliśmy już na scenie Teatru Dramatycznego wcześniej, choćby w "Cabarecie". Można było tę konstrukcję stworzyć inaczej, choćby z boku sceny, wówczas wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.

Fantastyczna jest scena przypominająca "Ostatnią wieczerzę". Aktorzy skracają na moment dystans z widownią, a Klara może przeprowadzić hipnotyczny eksperyment także na nas. Konceptualnie bronią się sceny pochodu, śmierci Alfreda i wiele innych. Myślę jednak, jak bardzo przydałoby się, żeby o ich sukcesie nie stanowiło tylko perfekcyjne światło. Kilkukrotnie (jak właśnie przy tym diabelskim pochodzie i śmierci Illa) łapałem się na tym, że wyobrażałem sobie, jak można to było rozegrać bardziej gestem i ruchem. Gdyby tak wysłać aktorów choć na kilka zajęć z artystami pantomimy (do których z Teatru Dramatycznego akurat nie jest daleko)? Kto widział śmierć bohatera w "Gogolu", wie, że ciała osaczających go ludzi mogą wyrazić przerażające emocje...

Bez wątpienia skróciłbym początek przedstawienia. Wprowadzenie do całej historii jest zbyt długie, zastanowiłbym się też na przearanżowaniem sceny w lesie (gdy dawni kochankowie beznamiętnie rozmawiają o tym, co się stało z córeczką Alfreda). Za to zakończenie bardzo do mnie przemawia. Nie zdradzając szczegółów, daje duże pole do dyskusji, co dalej?

Królowa imponderabiliów

Teatr w takim wydaniu, jaki serwuje nam na otwarcie sezonu Teatr Dramatyczny, daje nadzieję, że to będzie dobry rok dla polskiego teatru. Rok artystycznych wyzwań, poszukiwania nowych dróg i eksplorowania meandrów ludzkich emocji.

'"Wizyta starszej pani" w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego operuje dynamicznym obrazem, tajemniczym światłem i magiczną muzyką, stwarzając aktorom szansę ukazania mechanizmu sterowania ludzkimi poglądami. Ma się wrażenie, że w kontekście filozoficznym, socjologicznym, polityczno-społecznym sztuka jest tak współczesna, że już bliżej nie można!

Stanowi coś na kształt artystycznej przestrogi, by zasady moralne nie uległy podszeptom i pieniądzom. Reżyser udowadnia, jak łatwo konserwatywne społeczeństwo potrafi odejść od głoszonych ideałów omamione wizją lepszego świata. Roszczeniowi, leniwi ludzie w imię "sprawiedliwości" czynią zło ostateczne, sankcjonując je przy tym. Coś nam to przypomina?

Klarę Zachanassian dzięki najnowszej inscenizacji zapamiętamy jako królową impoderabiliów, tych wszystkich trudnych do uchwycenia zjawisk, które wpływają na zachowanie i poglądy innych ludzi. To spektakl o Klarze i dla niej. Można pomarudzić na ten czy inny drobiazg inscenizacyjny, ale nic nie odbierze przedstawieniu tego, co najważniejsze, kreacji Haliny Łabonarskiej, która zachwyca, przyciąga wzrok i fascynuje. Takiej Klarze nie oparłby się dosłownie nikt...












Upadek despoty i zwycięstwo nowej tyranii


"Miarka za miarkę" Williama Shakespeare'a w reż. Oskarasa Koršunovasa z Teatru Dramatycznego w Warszawie na XII Festiwalu Szekspirowskim w Gyula. Pisze Tibor Pethő w dzienniku Magyar Nemzet.

Długo wyczekiwany na tegorocznym Festiwalu Szekspirowskim w Gyula udany gościnny spektakl polskiego Teatru Dramatycznego "Miarka za miarkę" dostarczył rzadkich wrażeń teatralnych zgromadzonej publiczności. Sztukę, w której zmieniono początek i zakończenie przeniósł na scenę litewski reżyser Oskaras Koršunovas.

Zaprezentowana przez Koršunovasa w "Miarka za miarkę" scenografia może równie dobrze uchodzić za starodawną salę rozpraw sądowych, jak i salę posiedzeń parlamentu. Zaprojektowane przez Gintarasa Makareviciusa, podłużnie i poprzecznie dzielone dekoracje z powodzeniem umożliwiają niemal akrobatyczne pokazy, fizyczne gesty teatralne.

W bardzo szczególnych warunkach udziałem księcia Vincentio staje się wprowadzona na początku sztuki wizja, przytłaczający sen, który najprawdopodobniej skłoni go do zaskakującego czynu, to przynajmniej w pierwszej chwili sugeruje nam reżyser i stara się abyśmy pozostali w tej wierze aż do zaskakującego zakończenia przedstawienia. To znaczy: książę nieoczekiwanie rezygnuje z rządzenia Wiedniem, zaś władzę przekazuje tymczasowo prowadzącemu nienaganny, nadzwyczaj purytański tryb życia Angelo, w którego żyłach zamiast krwi być może krąży woda, bo aż tak bardzo wolny jest od winy - przynajmniej w oczach opinii publicznej.

Komedię przeniósł na deski znanego warszawskiego Teatru Dramatycznego światowej sławy, jednak mało znany na Węgrzech, Oskaras Koršunovas. Język teatralny litewskiego reżysera jest niezwyczajny i tym samym zniewalający, jego przedstawienia rozgrywają się najczęściej w uniwersalnych, ponadczasowych, a niekiedy i wybiegających w przyszłość przestrzeniach, w bardzo widowiskowy sposób traktując o wydarzeniach historycznych lub tych, które za kilkadziesiąt lat historycznymi się staną. Burzą Szekspira nawiązał na przykład do apokaliptycznego, wyzwoleńczego upadku Związku Radzieckiego.

Scenografia "Miarka za miarkę" jest prawdziwą areną życia publicznego, na której pojawiają się najrozmaitsze typy polityków naszych czasów: począwszy od zwykłego sutenera, poprzez grającego o wielkie stawki yuppie, pustogłowego pozera, chytrego lisa, fanatyka, człowieka hołdującego zasadom uczciwości, aż po zwyrodniałego homo politicusa, który mistrzowskimi ruchami szachowymi zdobywa niemal niepodważalną władzę. To, że oparte na postaciach szekspirowskich charaktery, powstające i przestrojone w czasie pracy reżyserskiej sytuacje są nam tak bardzo znane, jest najprawdopodobniej zasługą podobieństwa sytuacji obu krajów.

W stosunku do oryginalnego tekstu komedii u Koršunovasa tworzona przez pozytywnych bohaterów przestrzeń, do której w naturalny sposób mógłby się odnieść widz, staje się pozorna, w ślad za czym i słowa tracą na wartości; nieprzyjemne, przez długi czas oparte na przeczuciu uczucie, że lewitujemy w niepewności ciemnego kosmosu, bez oparcia, jakie zwykle zapewniał nam Szekspir, staje się jednoznaczne dopiero w zmienionej scenie końcowej. W warszawskim przedstawieniu przejmujący ponownie władzę i z małą przesadą na zawsze już pozostający twardzielem Vincentio nie przynosi wolności w miejsce despotyzmu Angelo, ale nową tyranię. W świetle tego w ciągu paru chwil staje się jasne, że jego przewartościowanie i pozornie dobre uczynki są w rzeczywistości jedynie nikczemnymi, z góry zaplanowanymi działaniami. Grany w doskonałym rytmie spektakl na wyżyny sztuki wznosi utrzymana bez wyjątku na nadzwyczaj wysokim poziomie gra aktorska.


Tibor Pethő
Magyar Nemzet/20.07










Ksiądz i jego sumienie. Czytania w Dramatycznym

W najbliższy weekend w czasie „Festiwalu Zgromadzenia. Sztuka Wspólnoty” odbędą się czytania aktorskie sztuk „Historia Jakuba” Tadeusza Słobodzianka, „Sumienie” Elżbiety Chowaniec i „Córka marnotrawna” Davida Turnera. Bohaterem każdej z nich jest ksiądz, a tematem – konflikt sumienia. Po czytaniach zapraszamy na dyskusje z publicznością, w których wezmą udział wybitni teologowie, filozofowie, etycy i księża. Wstęp wolny.


Czytania odbywają się w ramach projektu „Wolność i katechizm”, nawiązującego do tradycji Laboratorium Dramatu. Są punktem wyjścia do dyskusji być może ważniejszej od polityki. To rozmowa o kształcie polskiej cywilizacji, która zbyt często konfliktuje ze sobą te dwa pojęcia: katechizm i wolność.

7 października (piątek) o 17:00 na Scenie im. Haliny Mikołajskiej

David Turner „Córka marnotrawna” w reżyserii Aldony Figury

Czytają: Henryk Niebudek, Maciej Wyczański, Michał Podsiadło, Anna Szymańczyk, Marek Gawroński i Katarzyna Pośpiech.

W dyskusji, którą moderuje Adam Szostkiewicz wezmą udział: psychoterapeutka Agnieszka Iwaszkiewicz, ks. Andrzej Luter i prof. Tadeusz Bartoś.

Akcja „Córki marnotrawnej” Davida Turnera dzieje się na plebanii, gdzie mieszkają trzej księża. Któregoś dnia zjawia się u nich młoda dziewczyna, która wcześniej dokonała aborcji. Christine zostaje gospodynią na plebanii. Sztuka o celibacie, wolności i miłości, napisana w latach siedemdziesiątych, gdy kościół musiał odpowiedzieć na ogromne zmiany w obyczajowości.

8 października (sobota) o 17:00 na Scenie im. Haliny Mikołajskiej

Elżbieta Chowaniec, „Sumienie” w reżyserii Wojciecha Urbańskiego


Czytają: Arkadiusz Janiczek, Agata Wątróbska i Maciej Wyczański.

W dyskusji, którą moderuje Adam Szostkiewicz wezmą udział:  dr Cezary Żechowski, prof. Tadeusz Bartoś i prof. Stanisław Obirek.

Współczesna sztuka o dążeniu do prawdy i konsekwencjach jej odkrycia. Młoda dziennikarska próbuje dowiedzieć się o skrzętnie maskowanej aferze wśród najwyższych hierarchów Kościoła. Sprawy się nieco komplikują, gdy na jej drodze staje młody ksiądz.

9 października (niedziela) o 17:00 na Scenie im. Haliny Mikołajskiej

Tadeusz Słobodzianek, „Historia Jakuba” w reżyserii Ondreja Spišaka


Czytają: Łukasz Lewandowski, Małgorzata Rożniatowska, Zbigniew Dziduch, Magdalena Smalara, Michał Podsiadło, Marta Król-Gajko i Marcin Sztabiński.

W dyskusji, którą moderuje Adam Szostkiewicz wezmą udział: prof. Leonard Neuger, prof. Joanna Tokarska-Bakir, prof. Tadeusz Bartoś i dr Cezary Żechowski

Najnowsza sztuka Tadeusza Słobodzianka, inspirowana prawdziwą historią katolickiego księdza, który jako dojrzały człowiek poznaje swoją prawdziwą tożsamość. Opowieść o poszukiwaniu prawdy oraz o konsekwencjach decyzji, które za nas podejmują inni i tragicznej próbie ocalenia swojej kondycji ludzkiej.  

Wszystkie czytania zaczynają się o 17:00, wstęp jest wolny.
 


spoty

 

unia


 

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.

© 2014 Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Pałac Kultury i Nauki, Plac Defilad 1, 00-901 Warszawa