Aktualności
















Natalie Ringler  o „Harper” Simona Stephensa


Jako reżyserka spotykam się z Simonem Stephensem po raz pierwszy, wcześniej znałam go jako czytelniczka. Moim zdaniem jest pisarzem, który potrafi pogodzić głębię psychologiczną z pozornie banalnymi, codziennymi zdarzeniami. Stephensa zajmują sytuacje powszechne, relacje rodzinne, zdarzenia, które przytrafiają się większości ludzi. On jednak traktuje tę codzienność z niezwykłą uwagą, potrafi znaleźć w niej prawdziwy dramat. Pokazuje złożoność świata, jego barwność.

Taką historią jest właśnie „Harper”, opowieść o czterdziestoletniej kobiecie, która dowiaduje się o ciężkim stanie ojca i musi zdecydować, czy pojechać na ostatnią z nim rozmowę przed śmiercią. Harper poznajemy w chwili istotnej zmiany, bohaterka postanawia przyjrzeć się swojemu życiu. Jej sytuacja jest w sumie prosta do zrozumienia – każdy z nas przecież podejmuje decyzje o ważnych zmianach. Harper jest więc everymanem, ale ma szczególną umiejętność: potrafi bardzo skoncentrować się na spotkanej osobie, wytrącić ja z formy, rozbroić i doprowadzić do szczerej rozmowy. Ta właściwość wyróżnia ją z tłumu. To jest o tyle ciekawe, że w ciągu dwóch dni Harper rozmawia z najważniejszymi osobami w swoim życiu. Równocześnie Harper pozostaje niedopowiedzeniem, niedoświadczonym polem - nie chcę powiedzieć zagadką, tajemnicą, bo to by zakładało ukrywanie jakiegoś sekretu z własnego życia. Harper nie odkrywa się mimo sytuacji, przez które przechodzi, nie jesteśmy w stanie poznać jej do końca. Harper nie dąży też do konkretnej zmiany, nie wie czego szuka. Natomiast jej otwartość, poświęcenie światu uwagi, zoom na rzeczywistość, powodują że świat przeżywa o wiele głębiej. Nawet nieistotne spotkania z ludźmi coś przynoszą i prowadzą dalej.

Dla mnie w tej sztuce bardzo istotnym tematem jest kwestia schematów zachowań, które powtarzamy z pokolenia na pokolenie, choć każdy z nas przecież postanawia sobie, ze będzie inny niż jego ojciec, czy matka. Stephens podsuwa pytanie: Czy jesteśmy w stanie w stanie uciec przed powtórzeniami? To oczywiście jedno z pytań. Inne tematy które sztuka dotyka to starzenie, młodość, pytania: „Co to jest miłość? Czy można wybaczyć zdradę? Kolejnym pytanie dookoła, którego krąży sztuka jest banalne, ale każdy je sobie zadaje - a mianowicie - jaki jest sens naszego życia?

Stephens nie wysuwa żadnych tez przy opowiadaniu swojej historii, podrzuca tylko pytania lub tez możliwości innego spojrzenia na świat. To szczodrość z jego strony. Myślę też, że jest to sztuka, która może różnych widzów skłonić do różnych pytań. Jego poetyka, to właśnie otwieranie szufladek, przyglądanie się światu, i w zależności od tego, kto ogląda spektakl inne aspekty mogą wydać się istotne.

Premiera spektaklu 9 grudnia 2016 na Scenie Na Woli im. Tadeusza Łomnickiego
 











Premiera "Harper" w Teatrze Dramatycznym


Trwają próby do spektaklu "Harper" Simona Stephensa w reż. Natalie Ringler. Premiera odbędzie się 9 grudnia na Scenie na Woli im. Tadeusza Łomnickiego.

Czasami trzeba po prostu wstać i wyjść zostawiając wszystko za sobą. Czasem czujemy, że nie można dłużej zwlekać ze zmianą, bo zastygniemy jak muzealny eksponat. W takiej sytuacji jest właśnie bohaterka sztuki. Wiadomość o nieuchronnie zbliżającej się śmierci ojca, powoduje, że Harper postanawia spotkać się z nim po raz ostatni. Rzuca pracę, a córce i mężowi nawet nie mówi o wyjeździe. Podróż okazuje się przygodą życia, która zmusi bohaterkę do zadania sobie pytań o najważniejsze sprawy - miłość, lojalność wobec najbliższych i własne miejsce w świecie.

Sztuka Simona Stephensa, autora między innym "Dziwnego przypadku psa nocną porą" bez cienia dydaktyzmu mówi o sile duchowego przebudzenia i niezgodzie na powszechną desperację.

Simon Stephens to jeden z najciekawszych współczesnych dramatopisarzy brytyjskich, związany z londyńskimi teatrami The National Theatre, Royal Court Theatre i Lyric Hammersmith. Należał do punkowego zespołu Country Teasers. o konfrontacji z traumatycznymi wydarzeniami i przemocą, relacje między ludźmi pokazuje często w kontekście rodziny. W "Port" (nagrodzonej Pearson Award for Best New Play), autor śledzi losy Rachel wychowującej się w blokowisku, w sztuce "On the Shore of the Wide World" (nagrodzonej w 2005 roku Olivier Award dla najlepszej nowej sztuki), opowiada o trzech pokoleniach Holmesów w obliczu śmierci najmłodszego członka rodziny. W "Motortown" opowiada o Dannym, żołnierzu powracającym z Iraku, który nie może odnaleźć się w rzeczywistości rodzinnego miasta, w "Pornography" pokazuje sceny z życia Londynu rozgrywających się tuż przed zamachami terrorystycznymi. Autor został trzykrotnie wybrany przez krytyków najlepszym zagranicznym dramatopisarzem w plebiscycie ogłoszonym przez niemiecki magazyn teatralny Theatre Heute.

Krytycy podkreślają, że mimo podejmowanych przez Simona Stephensa tematów, jest w jego sztukach optymizm i afirmacja życia, a język, chociaż często dosadny, charakteryzuje się ciętym humorem.

Natalie Ringler -urodzona w Szwecji córka polskich marcowych emigrantów, absolwentka reżyserii w krakowskiej PWST i Dramatiska Institutet w Sztokholmie. Wyreżyserowała m.in.: "Blvingar" i "Flygande Handläggaren" G. Larsson w Folkteatern w Göteborgu, "Thords värld" M. Montelius w Teater Galeasen w Sztokholmie. Reżyserowała w Szwecji również sztuki Doroty Masłowskiej ("Między nami dobrze jest", "Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku) i Tadeusza Słobodzianka. "Nasza klasa" w jej reżyserii zwyciężyła w kategorii "teatr" i była nominowana do nagrody kulturalnej roku szwedzkiego dziennika Dagens Nyheter. W Teatrze Dramatycznym wystawiła w 2015 roku sztukę "Bent" Martina Shermana.

Premiera: 9 grudnia
Kolejne spektakle 10 i 11 grudnia

Bilety: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. , 22 656 68 44
 

 



 


„Scena opanowana” czyli kobiecy wieczór w Teatrze Dramatycznym

O co chodzi? O dobrą zabawę. Nasz przepis na wieczór to spektakl i ciekawa rozmowa. Tym razem zapraszamy 5. listopada na „Obrzydliwców” Davida Fostera Wallace’a i spotkanie z seksuolożką Izabelą Jąderek.

W kobiecym wieczorze mogą wziąć udział panie, które przyjdą do teatru przynajmniej w trzyosobowej grupie. Wówczas zaprosimy je na spotkanie po spektaklu i zaproponujemy bilety w niższej cenie. Będzie też okazja do rozmowy przy kawie czy herbacie oraz szansa na wylosowanie nagrody.

„Obrzydliwcy”, czyli wszystko, co chciałybyście wiedzieć o mężczyznach, ale boicie się zapytać.

Bohaterowie są uzależnieni od seksu, cyniczni, niepozorni, skupieni na sobie i swoich przyjemnościach. Nikt tu nie jest zwyczajny. A raczej: nikt tu nie jest normalny.  Spektakl na podstawie powieści kultowego amerykańskiego pisarza Davida Fostera Wallace’a „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” wyreżyserował Marek Kalita.

Każdy z nich ma swoje pięć minut, występują na ciemnej scenie jak w stand-upie. Pomiędzy "sesjami" tańczą, śpiewają. Dyskutują też o tym, jakiego mężczyzny potrzebuje współczesna kobieta. Na scenie Mariusz Drężek, Sebastian Stankiewicz, Waldemar Barwiński, Henryk Niebudek i Piotr Siwkiewicz.

Po przedstawieniu zapraszamy na rozmowę z Izabelą Jąderek - seksuolożką, psychoterapeutką i edukatorką. Izabela Jąderek prowadzi grupy wsparcia, grupy terapeutyczne i treningi interpersonalne, przygotowuje programy z zakresu edukacji seksualnej, jest współautorką badań dotyczących stanu edukacji seksualnej w Polsce. Jako ekspert często gości w programach telewizyjnych i radiowych.

Liczba miejsc jest ograniczona, zgłaszać można się pod mailem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

5. listopada o godzinie 18:00
Scena Przodownik przy ul. Olesińskiej 21















Fascynacja przemocą jest silniejsza niż nudna codzienność demokracji

"Jak patrzy się na działalność niektórych polityków, gołym okiem widać, że ich inspiracją do działań nie są wielcy demokratyczni politycy, którzy szanują przeciwników i próbują prowadzić z nimi dialog, tylko rozmaici skuteczni na chwilę autokraci. Nie chodzi o to, żeby kogoś porównywać do Hitlera czy Stalina. Chodzi o to, że mechanizm fascynacji przemocą jest silniejszy niż mechanizm fascynacji nudną codziennością demokracji" - powiedział w rozmowie z dziennik.pl Tadeusz Słobodzianek. Z dyrektorem warszawskiego Teatru Dramatycznego rozmawialiśmy o tym, czy sztuka pomaga nam uporać się z trudną historią i dlaczego w polskiej kulturze i polityce widać fascynację przemocą i oprawcami.

Anna Sobańda: Na afiszu Teatru Dramatycznego, którego jest pan dyrektorem, znajdują się sztuki "Nasza klasa", "Młody Stalin" czy "Niedźwiedź Wojtek" podejmujące tematy historyczne. Czy sztuka jest dobrym sposobem na opowiadanie o historii?

Tadeusz Słobodzianek: Myślę, że tak, oczywiście równolegle z nauką. Kostium historyczny to fascynująca możliwość uruchomienia wehikułu czasu, który pokazuje, że żyjemy w ciągłości kondycji ludzkiej. O ile nie jest maską, za którą skrywamy nasze dzisiejsze lęki, depresje i frustracje.

Jednak kiedy o historii mówimy językiem sztuki, zawsze dostajemy jakąś jej interpretację.

Nauka też jest interpretacją. Wszystko jest interpretacją. Podstawowe księgi ludzkości: Biblia, mity greckie, baśnie hinduskie czy skandynawskie sagi – też są interpretacjami relacji człowieka z Bogiem i historią. W oparciu o te interpretacje, my budujemy własne. Filozofia dawno pokazała, że nie ma obiektywnej prawdy. Wszytko służy jakimś celom, często doraźnym, politycznym. Jeśli interpretacja jest związana z jakąś ideologią, może być bardzo szkodliwa. Ale nie wypacza historii jako takiej, tylko nas i nasze o niej myślenie. Zwłaszcza kiedy piszemy historię do tyłu, czyli projektujemy ją na nasz dzisiejszy obraz i podobieństwo. Oczywiście należy korzystać z dzisiejszej wiedzy o społeczeństwie i człowieku, szukać punktów stycznych z nami dzisiaj, aby ten akt twórczy był płodny i służył nam do lepszego poznania samych siebie. Wówczas historia może spełniać swoje podstawowe posłannictwo jako magistra vitae.

Nie wszystkim artystom, sięgającym po tematykę historyczną, przyświeca taki cel.

„Bitwa pod Grunwaldem” Jana Matejki ma działać ku pokrzepieniu serc i pokazywać, że byliśmy dzielni i wspaniali. Przeciwieństwem jest Goya i jego „Rozstrzelanie powstańców madryckich”. Oglądając ten obraz dzisiaj, widzimy okrucieństwo wojny i przemoc, ale przy okazji jest to jeden z największych obrazów świata. Kolor, ekspresja, przedmiotowość nie mają sobie równych. A tymczasem, w „Bitwie pod Grunwaldem”, jak twierdzą znawcy, wiele rzeczy się nie zgadza, poczynając od perspektywy, a kończąc na symbolice, tej zbiorowej polskiej imaginacji, będącej w istocie monumentalną teatralną atrapą. Kostiumy i broń nie mają nic wspólnego z epoką, zostały powyciągane z magazynów operowych czy teatralnych, malarz przebierał w nie swoich znajomych, by następnie ich malować. Matejko i Goya reprezentują dwa istotne podejścia do tematu. Goya to sztuka wybitna i jednocześnie zaangażowana, która mimo upływu czasu wciąż wywołuje refleksje, a Matejko to sztuka panegiryczna mająca dodawać otuchy w ciężkich chwilach, która dziś jest trochę śmiesznym symbolem pychy. Wiem, że nie powinno się porównywać twórców, zwłaszcza takich, którzy tworzyli w rozmaitych kontekstach, ale dziś oba obrazy wiszą w czołowych muzeach świata, przyciągają tłumy turystów i coś bardzo istotnego nam o nas mówią.

Mamy w naszej historii ciekawe tematy dla sztuki?

Polska historia jest pełna takich zdarzeń, ale trzeba opowiadać o nich bez ideologicznego zamysłu. Mieliśmy bardzo heroiczne momenty, kiedy liczono się z nami w Europie, mieliśmy szacunek i szansę na mocarstwową pozycję. Później jednak pieczołowicie, własnymi rękami, wszystko niszczyliśmy. Nasza historia też jest pełna polskiego piekła, do którego diabeł nie musi się wtrącać, żeby funkcjonowało.

Cały wywiad na stronie Dziennik Gazeta Prawna: link do źródła












Upadek despoty i zwycięstwo nowej tyranii


"Miarka za miarkę" Williama Shakespeare'a w reż. Oskarasa Koršunovasa z Teatru Dramatycznego w Warszawie na XII Festiwalu Szekspirowskim w Gyula. Pisze Tibor Pethő w dzienniku Magyar Nemzet.

Długo wyczekiwany na tegorocznym Festiwalu Szekspirowskim w Gyula udany gościnny spektakl polskiego Teatru Dramatycznego "Miarka za miarkę" dostarczył rzadkich wrażeń teatralnych zgromadzonej publiczności. Sztukę, w której zmieniono początek i zakończenie przeniósł na scenę litewski reżyser Oskaras Koršunovas.

Zaprezentowana przez Koršunovasa w "Miarka za miarkę" scenografia może równie dobrze uchodzić za starodawną salę rozpraw sądowych, jak i salę posiedzeń parlamentu. Zaprojektowane przez Gintarasa Makareviciusa, podłużnie i poprzecznie dzielone dekoracje z powodzeniem umożliwiają niemal akrobatyczne pokazy, fizyczne gesty teatralne.

W bardzo szczególnych warunkach udziałem księcia Vincentio staje się wprowadzona na początku sztuki wizja, przytłaczający sen, który najprawdopodobniej skłoni go do zaskakującego czynu, to przynajmniej w pierwszej chwili sugeruje nam reżyser i stara się abyśmy pozostali w tej wierze aż do zaskakującego zakończenia przedstawienia. To znaczy: książę nieoczekiwanie rezygnuje z rządzenia Wiedniem, zaś władzę przekazuje tymczasowo prowadzącemu nienaganny, nadzwyczaj purytański tryb życia Angelo, w którego żyłach zamiast krwi być może krąży woda, bo aż tak bardzo wolny jest od winy - przynajmniej w oczach opinii publicznej.

Komedię przeniósł na deski znanego warszawskiego Teatru Dramatycznego światowej sławy, jednak mało znany na Węgrzech, Oskaras Koršunovas. Język teatralny litewskiego reżysera jest niezwyczajny i tym samym zniewalający, jego przedstawienia rozgrywają się najczęściej w uniwersalnych, ponadczasowych, a niekiedy i wybiegających w przyszłość przestrzeniach, w bardzo widowiskowy sposób traktując o wydarzeniach historycznych lub tych, które za kilkadziesiąt lat historycznymi się staną. Burzą Szekspira nawiązał na przykład do apokaliptycznego, wyzwoleńczego upadku Związku Radzieckiego.

Scenografia "Miarka za miarkę" jest prawdziwą areną życia publicznego, na której pojawiają się najrozmaitsze typy polityków naszych czasów: począwszy od zwykłego sutenera, poprzez grającego o wielkie stawki yuppie, pustogłowego pozera, chytrego lisa, fanatyka, człowieka hołdującego zasadom uczciwości, aż po zwyrodniałego homo politicusa, który mistrzowskimi ruchami szachowymi zdobywa niemal niepodważalną władzę. To, że oparte na postaciach szekspirowskich charaktery, powstające i przestrojone w czasie pracy reżyserskiej sytuacje są nam tak bardzo znane, jest najprawdopodobniej zasługą podobieństwa sytuacji obu krajów.

W stosunku do oryginalnego tekstu komedii u Koršunovasa tworzona przez pozytywnych bohaterów przestrzeń, do której w naturalny sposób mógłby się odnieść widz, staje się pozorna, w ślad za czym i słowa tracą na wartości; nieprzyjemne, przez długi czas oparte na przeczuciu uczucie, że lewitujemy w niepewności ciemnego kosmosu, bez oparcia, jakie zwykle zapewniał nam Szekspir, staje się jednoznaczne dopiero w zmienionej scenie końcowej. W warszawskim przedstawieniu przejmujący ponownie władzę i z małą przesadą na zawsze już pozostający twardzielem Vincentio nie przynosi wolności w miejsce despotyzmu Angelo, ale nową tyranię. W świetle tego w ciągu paru chwil staje się jasne, że jego przewartościowanie i pozornie dobre uczynki są w rzeczywistości jedynie nikczemnymi, z góry zaplanowanymi działaniami. Grany w doskonałym rytmie spektakl na wyżyny sztuki wznosi utrzymana bez wyjątku na nadzwyczaj wysokim poziomie gra aktorska.


Tibor Pethő
Magyar Nemzet/20.07


wiadomości

 


więcej aktualności

 

 

unia


 

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.

© 2014 Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Pałac Kultury i Nauki, Plac Defilad 1, 00-901 Warszawa