Historia Jakuba, czyli o tym, czy da się być Żydem w sutannie...


„Tu moje dziecko, będzie twoje miejsce,
posłuchaj słów swojej matki:
Tu ukrywam ciebie,
Bo twojemu życiu grozi niebezpieczeństwo.
Baw się ładnie z dziećmi,
bądź cichy i posłuszny,
zapomnij o każdym żydowskim słowie, żydowskiej piosence,
bo już nie jesteś Żydem…”

To był maj 2016 r. Teatr Żydowski. Premiera „Matek”. Niezwykły spektakl, którego głównymi aktorami okazują się być ludzie, którzy nie są profesjonalnymi aktorami, ba, nie mają nawet aspiracji do tego, by być aktorami-amatorami. Są dziećmi Holocaustu, przekazanymi w ostatniej chwili dobrym ludziom na wychowanie. Żywym świadectwem losu rodziców, którzy przeczuwali, że ich koniec jest bliski. Dowodem niesłychanej odwagi i przeraźliwego dramatu, jakim była na pewno decyzja o tym, by oddać dziecko (dodajmy: decyzja, która nie gwarantowała niczego, nawet tego, że to dziecko przeżyje). Prawda o pochodzeniu dzieci zawierała się często jedynie w karteczce z imieniem, przypiętej do ubrania, łyżeczce z wygrawerowaną datą narodzin lub choćby w słowie, przekazanym ludziom, którzy w obliczu wojennej pożogi mimo wszystko nie utracili swego człowieczeństwa. Nigdy nie dowiemy się, ile takich dzieci przetrwało, większość z nich dożyła swoich dni w nieświadomości swojego prawdziwego pochodzenia.

Bohaterowie tego niezwykłego spektaklu w wyniku najtrudniejszej decyzji udręczonych rodziców, którzy nie widzieli szans na przeżycie, otrzymali od nich dar największej miłości – zostali oddani obcym ludziom w nadziei, że przetrwają. Niektórym naprawdę się udało…

„Jak ja jestem Żydem, to zobaczycie, co sobie zrobię"

Kiedy pięć miesięcy później w Teatrze Dramatycznym odbywało się czytanie aktorskie „Historii Jakuba”, najnowszego dramatu Tadeusza Słobodzianka, z pełną premedytacją opuściłem to wydarzenie. Czułem, że to może być wstęp do spektaklu, a nie chciałem odbierać sobie emocji przeżywania tego tekstu na scenie. Miałem rację: 17 marca 2017 r. miało miejsce wydarzenie miesiąca, a kto wie, czy nie roku – na Scenie na Woli im. Tadeusza Łomnickiego „Historia Jakuba” wybrzmiała wreszcie w pełnym brzmieniu.

To, co się działo w mojej głowie, kiedy zrozumiałem już po kilku chwilach, że ja tę historię przecież dobrze znam, trudne jest do przekazania. Zrobiło mi się gorąco, potem zimno. Wydarzenia na scenie, nie będące przecież dokumentem, a teatralną metaforą, wychodziły od losów Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, tyle że z każdą kolejną minutą dotykały kolejnych, coraz trudniejszych tematów. Pedofilia, skandale seksualne w kościele, homoseksualizm księży, współżycie proboszczów z gospodyniami, aborcja… To dopiero początek. Widz może złapać się za głowę, bo w zasadzie nie ma tu niczego, czego nie zobaczyłby (jeśli mu się tylko udało) w będącej przedmiotem publicznej dyskusji „Klątwie” w Teatrze Powszechnym i innych wzbudzających kontrowersje spektaklach minionego roku. Jest jednak coś, co wynosi „Historię Jakuba” ponad wszystkie inne poruszające ważne problemy dzisiejszego świata przedstawienia. Otóż zamiast iść najprostszą drogą, zamiast rozebrać aktorów, wprowadzić kilka nastawionych na skandal trików i pobełkotać trochę przekleństw, reżyser Ondrej Spišák rozmawia z nami językiem teatru. To, od czego z bardzo prostych powodów większość twórców odchodzi (bo zwyczajnie nie potrafi, poza tym to wymaga jednak ciężkiej pracy) - tutaj bije w nas pełną mocą: to jest Teatr, prawdziwy, mocny i mądry, z aktorami, którzy nie bawią się ani nie udają, tylko na te trzy godziny przestają nawet być sobą. Kto dziś tak jeszcze potrafi?

„Marian ma inne przeznaczenie (…)
  Marian będzie księdzem.”


To przeznaczenie zostało wypowiedziane przez matkę ks. Romualda Jakuba Wekslera-Waszkinela, którego życie jest jedną z inspiracji Słobodzianka do napisania tego tekstu. Urodzony w 1943 r. w getcie w Starych Święcianach koło Wilna chłopiec (syn Jakuba i Batii Wekslerów) na kilka dni przed zagładą został oddany przez matkę polskiej rodzinie Waszkinelów. Jego rodzicielka powiedziała im wtedy, widząc, że wahają się, czy pomóc: „Pani jest chrześcijanką, pani wierzy w Jezusa, więc niech pani w imię tego Żyda, w którego pani wierzy, uratuje moje dziecko. Gdy dorośnie, niech zostanie księdzem”. Tak się stało, proroctwo serca matki ziściło się.

Losy księdza Wekslera-Waszkinela przeplatać będą się  z historią Maiana-Jakuba. Obaj podejrzewali, że coś z nimi jest nie do końca tak, jak powinno, nie są podobni do rodziców, dzieci gadają… Prawda dopadła go w najmniej oczekiwanym momencie: podczas kłótni z matką usłyszał, że ona kochała go zawsze jak własne dziecko. Jak własne…
            Dochodzenie do własnej tożsamości dziecka, oddanego w najstraszliwszym momencie kresu życia rodziców, jest trudne, bo nie ma tak naprawdę niczego, co łączyłoby go ze światem, którego nie zdążyło się nawet nauczyć. By stać się człowiekiem kompletnym, świadomość przynależności do tego świata jest jednak warunkiem niezbędnym. Pamiętam, w „Matkach” patrzyłem w oczy ks. Romualda Jakuba, opowiadającego, jak po wielu latach pojechał do Starych Święcian wiedząc, że nie znajdzie żadnych śladów. Stał przed nami bezbronny jak małe dziecko. Wyobraźcie sobie, że jesteście na jego miejscu. Obsesyjnie chcecie być podobni do rodziców, doznajecie przykrości od rówieśników wytykających „inność”, mając niemal pięćdziesiąt lat poznajecie imiona i nazwisko prawdziwych rodziców. W tym całym zamieszaniu wciąż jesteście katolickim kapłanem….

„Seminarium to Kościół, a Kościół nigdy się nie myli, bo przez niego mówi Duch Święty.  
 Dlatego, jeśli chcesz się napić albo zadupczyć, musisz to robić tak, żeby nie wpaść.”


To jest ten moment spektaklu, kiedy słucham monologu Józka i widzę, jak bardzo rozwinął się Otar Saralidze odkąd zobaczyłem go po raz pierwszy na scenie. Temperamentny młody aktor imponuje dykcją, jego głos ma w sobie pewien szlachetny mat, dzięki któremu wypowiadane słowa układają się w tak bardzo prawdziwą opowieść.

Sceny w seminarium są tylko niewinną metaforą tej góry tajemniczych spraw, które w takich miejscach się zdarzają. Seminarzyści okazują się być ludźmi z krwi i kości, z taki samymi potrzebami, jak wszyscy inni. Smutne jest tylko to, że istnieją reguły gry, które pozwalają klerykom obchodzić wszystkie zakazy. Wystarczy nie dać się złapać. Jeśli się komuś nie ufa, trzeba na niego donieść, zanim on to zrobi. Wtedy – włos z głowy nie spadnie. Szatańska logika.

Kiedy Mariana odwiedza w seminarium ojciec, płacze, bo czuje, że jego syn będzie nieszczęśliwy. Nie wytrzyma zresztą tajemnicy, którą w sobie nosi – niedługo po powrocie do domu – umrze. Marian zostanie księdzem, żeby udowodnić mu, że da radę.

„Taki tu mamy zwyczaj, proszę księdza, że powierzamy sobie tajemnice duszy.”

Marian zostaje wikarym w małej parafii. I od razu zostaje rzucony na głęboką wodę. Proboszcz co poniedziałek uprawia namiętny seks  z Gospodynią. Drugi wikary ma ochotę poznać się bliżej z Marianem, na dodatek Gospodyni podczas spowiedzi przyznaje się do grzechów, poza rozproszeniem na różańcu i jedzeniem w piątek salcesonu dokonała siedem razy aborcji. Ot, taki drobiazg… Małżeństwo, również chodzące do spowiedzi, okazuje się skrywać tajemnicę rodzinną: kochający tatuś molestuje swoje najmłodsze dzieci, bez różnicy: chłopiec, dziewczynka, byle małe.

Wszystko jest niczym zły sen. W upiornym tańcu śmierci kopulują ze sobą wszyscy poznani przez księdza grzesznicy. Co za scena! I znów teatr, a nie płaski i nic nie znaczący obrazek. Mało tego – Marcin Sztabiński w monologu ojca, przyznającego się do występków przeciwko dzieciom – jest po prostu wstrząsający!

„Mamy dwa stypendia. Paryż i Frankfurt. W Paryżu – ten Żyd Bergson. We Frankfurcie – ten faszysta Heidegger. Ten hitlerowiec robi się popularny. Co ksiądz wybiera?”

Czas zakończyć w tym miejscu opowiadanie treści sztuki. Niespodzianki dla widza muszą być przecież. Zdradzę tylko, że nasz ksiądz pojedzie robić doktorat. Wróci w atmosferze skandalu. Okaże się, że ktoś donosi, choć donosy są wyssane z palca. W czasie rodzinnej awantury dowie się, że jest żydowskim dzieckiem, które oddano rodzinie na wychowanie. Jak zaakceptować tę wiedzę, gdy jest się księdzem? Siostra Mariana, przez całe życie zmagająca się z poczuciem, że tylko on był kochany przez rodziców, też to bardzo przeżyje. A czasy coraz trudniejsze...

Ksiądz Marian w poszukiwaniu korzeni pojedzie do Izraela. Co tam przeżyje polski kapłan, który nie rezygnując z tego, kim jest, będzie chciał choć częściowo zrozumieć, kim byłby, gdyby nie bezlitosna wojna, nie da się opisać. Ale przeszłość, powoli, bo powoli, zacznie jednak o sobie przypominać. Marian dowie się co nieco o swoich najbliższych. To będą trudne wspomnienia.

Nagle okaże się, że specyficzna sytuacja: Żyd w sutannie księdza – będzie za trudna dla wszystkich. Gdzie Marian/Jakub odnajdzie swoje miejsce na ziemi? Sprawdźcie sami…

„Kochasz się bez miłości? Mam dla Ciebie miłość bez kochania się.”

Tadeusz Słobodzianek jest mistrzem w stawianiu pytań niewygodnych dla polskiego społeczeństwa. W dobie, gdy zachłystujemy się powtarzaną jak mantra wiadomością, że niemal wszyscy jesteśmy katolikami, źle się z naszą wiarą dzieje. O wielu sprawach nie wypada mówić głośno (bo się wierzyć nie chce, a jak nie będziemy wierzyć, to tego pewnie w ogóle  nie było!), inne są koncertowo zamiatane pod dywan. Znamy to dobrze.

Co najpiękniejsze, „Historia Jakuba” to wcale nie jest przecież jedynie historia tego konkretnego księdza, a po prostu człowieka i jego dylematów. W dzisiejszym świecie wymaga się od nas, byśmy znajdowali się w odpowiednich szufladach (z napisem: katolik, Żyd, lewak, feministka, gej, dobra zmiana itd.). To pozwala na szybsze określenie, kto jest kim i z kim warto się zadawać. Wcale niemało jednak osób nie ma wszakże pewności, kim jest naprawdę, a to rodzi problemy. Im trudniej jest zrozumieć własną tożsamość, tym odczuwa się większą niechęć środowiska, w którym się żyje. Bo przecież jeśli się kogoś dobrze nie zna, albo przynajmniej nie ma w głowie jakiegoś jego obrazu, to to musi być wróg…

„Ja cię tylko uratowałam. Urodziła Cię Żydówka. Powiedziała: niech go pani ratuje w
  imię tego Żyda, w którego pani wierzy, w imię Jezusa, on będzie księdzem i będzie
  nauczał…”


Pułapka tożsamości, którą tak wspaniale transponują na język teatru Tadeusz Słobodzianek w niezawodnej spółce z reżyserem Ondrejem Spišákiem, jest tym trudniejsza, że dzieje się jakby w obliczu samego Boga. Bohater jest księdzem, a to determinuje problemy na wielu płaszczyznach. To przedstawienie wskazuje nam drogę, byśmy nigdy nie przestawali szukać samych siebie, lepić swojej tożsamości z dostępnych elementów. I byśmy jednak kierowali się sercem i duszą, niż racjonalnym podszeptem tych, którym nasze poszukiwania po prostu nie są na rękę.          

Jesteśmy narodem, w którym nikt nie jest tak jednowymiarowy, jak chciałby się określać. U naszych źródeł leżą zapewne bardzo różne kulturowe nacje. Poszukiwania mogą nas doprowadzić do poznania prawd trudnych do przełknięcia. Bohater dramatu pozostaje wierny dotychczasowemu swojemu jestestwu, jednak jest także otwarty na „nowe”, choć nie wiadomo czy nie bardziej dawne i bardziej prawdziwe cząstki siebie. Któż z nas miałby w sobie tyle samo odwagi?

Dramat Mariana/Jakuba to także rodzaj metafory kłopotów tożsamościowych całego chrześcijańskiego społeczeństwa w Polsce. Twórcy nie boją się podejmować trudnych tematów, stosują niekonwencjonalne, czasem naprawdę mocne teatralne zagrania. I udowadniają wszystkim tym, którzy uważają, że teatr, aby żyć, musi szokować prostactwem i tanim skandalem, że istnieje coś takiego, jak skandal kosztowny. „Historia Jakuba” to dowód na to, że o trudnych sprawach można rozmawiać pięknym językiem teatru. A rozmawiać, zwłaszcza dzisiaj – trzeba!


„A co się ksiądz miota, jak Żyd po pustym sklepie?”

Jak tu się nie miotać, gdy życie przynosi księdzu same niespodzianki (i to z kategorii tych największych)? Wciąż go ktoś zaskakuje. A mimo to Marian/Jakub nie zatraca swojego trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość. Jest niczym król Salomon z Pierwszej Księgi Królewskiej Starego Testamentu, o którym przypowieść reżyseruje pewnego dnia podczas kazania (teatr w teatrze – coś pięknego!). Jego mądrość wywołuje strach u zakonnic. Nie tylko u nich…

Bohater sztuki jest też zarazem owym dzieckiem naznaczonym Salomonowym wyrokiem. Niby wygląda jak wszyscy, ale w jego duszy kołacze się gdzieś owo wspomnienie dwóch „matek”. Która z nich prawdziwsza?

„Widzi ksiądz, co się dzieje? Komunizm upada. Solidarność niszczy Polskę. Uważam ten
  „spontaniczny protest społeczny” za mocno podejrzany. Cała nadzieja w Kościele! Tylko
  Kościół może opanować ten bajzel.”

Oglądanie spektaklu, w którym każdy z aktorów jest na swoim miejscu, jest ogromną przyjemnością. Przedstawienia, w których nie ma ani złych momentów ani słabszych aktorów, prawie się w Polsce nie zdarzają. „Historia Jakuba” wpisuje się  jednak do niewielkiej księgi widowisk najwyższej próby. Trzeba naprawdę oślepnąć i ogłuchnąć (albo pisać pod tezę, że teatr Słobodzianka jest zły i koniec), żeby odnaleźć w niej elementy pozbawione wartości.

Taki teatr, jaki proponuje Słobodzianek „Historią Jakuba”, taka inscenizacja, o jaką pokusił się Ondrej Spišák i wreszcie tak dopracowane aktorstwo, jakie cechuje: Magdalenę Czerwińską, Izabelę Dąbrowską, Martę Król, Małgorzatę Rożniatowską, Magdalenę Smalarę, Zbigniewa Dziducha, Łukasza Lewandowskiego, Otara Saralidze i Marcina Sztabińskiego – to wszystko ewenement w skali europejskiej. To powrót do wielkiego, prawdziwego teatru, w którym słowo musi mieć oparcie w obrazie, a każda emocja powinna być wypracowana także gestem. Tu nie ma pustych przestrzeni, bełkotliwych rozwiązań. Wiem, że to boli twórców i apologetów tzw. nowoczesnego, dekonstrukcyjnego teatru, bo taki spektakl obnaża miałkość rozwiązań, które posiłkują się prostymi chwytami i skandalami, nie mając do zaproponowania nic więcej. Będą jęczeć, że to jest nudne i mało współczesne. Tylko sami nigdy nie sięgną tego poziomu.

„Mamo, jednym z pierwszych darów, jakie człowiek dostaje od Boga, są jego rodzice.
  I ten dar Bóg każe szczególnie szanować.”

Dramat Tadeusza Slobodzianka raz jeszcze wychodzi od zdarzeń i postaci rzeczywistych (losy Mariana/Jakuba na tle najważniejszych wydarzeń z historii Polski, Europy i całego świata), by nad nimi zbudować sieć znaczeń symbolicznych. Widzimy to przecież na scenie, że kolejne zdarzenia dotyczą raczej doświadczeń Polaków i Żydów w Czasie II wojny światowej – i później – w czasach komunizmu. Trudne doświadczenia bohatera w Izraelu przynoszą także strach przed jeszcze trudniejszymi historycznie zjawiskami.

„(…) Szmi Marian ani komer…
  (…) Nazywam się Marian, jestem księdzem…”


„Historia Jakuba” ugruntowuje pozycję Łukasza Lewandowskiego już nie jako znakomicie zapowiadającego się aktora, który niedługo „wystrzeli”. To właśnie ten „strzał”. Lewandowski gra tak, że iskry sypią się na pierwsze, a kto wie, czy i nie na dalsze rzędy. Napięty wewnętrznie jak struna, znakomicie żongluje nastrojami bohatera, sprawia, że widz go rozumie i razem z nim pragnie kroczyć ścieżką poznania. To kreacja wielka, którą Lewandowski ugruntuje swoją wysoką pozycję w zawodzie.

Jeśli aktor potrafi w jednej chwili po humorystycznej scenie w jednym słowie zawrzeć jęk udręczonej duszy w takim natężeniu, że widzom wyrywa się szloch z piersi, to musi to coś znaczyć. Gdy w jednym słowie: „mamo” – potrafi wypowiedzieć skargę – litanię liczącą tysiące zdań, jest to rzecz bez precedensu. Tak właśnie gra Łukasz Lewandowski. Kto nie widział, nie wie wszystkiego o teatrze.

„Żona jeszcze żyła, ponieważ ruszała ręką i nie dawała zdjąć spódnicy, ale nie mówiła nic.
  Kiedy zdejmowano ją z furmanki, złapała się ręką za kłonicę wozu, pozostawiając na
  niej  krwawy odcisk swojej dłoni. W ten sposób jeszcze żywą żonę wrzucono do dołu, a
  kiedy zasypywano ją piachem, zgarniała piach z twarzy ręką.”

To było moje pierwsze teatralne spotkanie ze Zbigniewem Dziduchem. Spotkanie – dodam – nad wyraz udane. Aktor w każdym kolejnym wcieleniu (Tata, Proboszcz, Ojciec Rektor) był prawdziwy. Dysponuje mocnym głosem o barwie wywołującej szczególnie silne emocje w scenach dramatycznych.

Dziduch wnosi do spektaklu taką trudną do opisania męską chropowatą wrażliwość. Jest genialny jako Tata, znakomity jako Proboszcz. Momentami zatraca się nawet za bardzo. Moja maleńka prośba - nie szarżujemy w scenie płaczu!

Aż siedem postaci gra Marcin Sztabiński, który tylko w pierwszej scenie przestraszył mnie (bo pomyślałem, patrząc na jego kostium, że będzie powtórka z rozrywki, a więc tego, jak zagrał w „Naszej klasie”, na szczęście obawy szybko rozwiał). Sztabiński miewa spektakle, w których gra bardzo dobrze, ale i takie, że patrząc na niego zaciska się pięści ze złości. „Historia Jakuba” jest pod tym względem szczególna. On tutaj nie ma słabszych momentów. Mało tego, w monologu ojca-pedofila osiąga tony, o jakie go nie podejrzewałem. Słuchając go miałem dreszcze i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, tak mnie poruszył. Podobna historia wydarzyła się przy monologu Stryja Noama. Coś najpiękniejszego, co widzowi może się przytrafić w teatrze.

„Znaczenie ma, że człowiek nie zachowuje się jak zwierzę. Że różni się od zwierzęcia. To
  jest myśl, która rozwija świadomość człowieka.”


Cztery wspaniałe oblicza ma w „Historii Jakuba” Małgorzata Rożniatowska. Chciałoby się powiedzieć: aktorzyca! Jak ona pięknie gra! Ten głos, ta świadomość siły gestu. Coś wspaniałego. W głosie Matki dźwięczy lęk przed tym, co złego może spotkać dziecko z wagą u szyi w przyszłości, ale też smutek z powodu tego, czego w pewnym momencie nie dało się zatrzymać. Fenomenalna kreacja Gospodyni udowadnia, jak wiele Rożniatowska ma do powiedzenia w teatrze. Podziwiam!
            A jeszcze dodać trzeba te szczuplutkie nogi, które błyskają spod uniesionej spódnicy w scenie orgii, ależ to pięknie, ze smakiem zagrane.

„Nie jestem Judaszem. Zwariowałeś? Za pieniądze donosił tata.”

Te trudne słowa wypowiada w pewnym momencie Stefa. Tę (i kilka innych) postać kreują w Teatrze Dramatycznym na zmianę dwie fantastyczne aktorki: Izabela Dąbrowska i Magdalena Smalara.

Dąbrowska zadziwia kreując kilkuletnią dziewczynkę (swoją drogą: aktorka gra coraz młodsze bohaterki i jest w tym bezbłędna; jak tak dalej pójdzie niedługo zacznie grać niemowlęta!), która na naszych oczach zmienia się w nie do końca spełnioną życiowo kobietę. Każda wada Stefy jest dzięki niej bardziej ludzka, możliwa do zrozumienia. To jest aktorski fenomen, że aktorka, w czymkolwiek wystąpi (a można ją zobaczyć w wielu warszawskich teatrach), wywołuje tornadem swego talentu wyłącznie zachwyt.

Cztery dni po premierze widziałem „Historię Jakuba” raz jeszcze. Tym razem Izabela Dąbrowska z pozycji widza oglądała, jak te same postaci tworzyła na scenie Magdalena Smalara. Obu przypatrywałem się równie bacznie. Stefa Smalary jest zupełnie inna, oparta jakby na dziewczęcej łagodności. Filuternie kokieteryjna, momentami wzruszająca. Innymi środkami Smalara osiąga ten sam efekt – widz łapie się na tym, że współczuje jej, bo Stefa przecież także jest ofiarą podwójnej tożsamości swego przybranego brata. Gdy Smalara szalała na scenie, jej koleżanka zasłaniała usta widząc, jak dobrze to wszystko wygląda. Dla nas, widzów, taka świadomość, że aktorzy wspierają się nawzajem, jest wyjątkowo budująca.

Ten spektakl trzeba zobaczyć przynajmniej dwa razy – właśnie po to, żeby móc się rozkoszować grą obu aktorek. Dobrze radzę!

„Takie są przepisy. Taki jest Izrael. Żeby zostać jego obywatelem, musisz zrzucić
  sutannę.”


Jestem dumny z tego, co w „Historii Jakuba” robi Magdalena Czerwińska. Nie od dziś powtarzam, że już czas najwyższy, żeby aktorka zaczęła dostawać większe role. Ten spektakl potwierdza, że to naprawdę ten czas! Czerwińska ma w spektaklu aż osiem twarzy, a wszystkie krwiste i mądre. W Hani, na przykład, dostrzegam naiwność młodej, zakochanej dziewczyny, w Żonie Urzędnika - zakompleksioną kurę domową, żyjącą według nakazu, by  przede wszystkim zachowywać pozory. Nina – prostytutka z Placu Pigalle – sportretowana została idealnie. Pod płaszczykiem wyuzdania kryje się bowiem tajemnica Niny, którą nie każdy dostrzeże. Pięknie!

A potem jeszcze Dina. Wojująca feministka, a jak wiadomo, żydowskich feministek boją się nawet palestyńscy terroryści. Coś w tym jest, bo kiedy spojrzymy na nią, widzimy cechy dzisiejszych kobiet, które nie godzą się, żeby ktoś nagle znów zaczął traktować je przedmiotowo. Szacunek za wielkie wyczucie, ale też prawdą jest, że Czerwińska najlepiej czuje się w rolach kobiet silnych. Wreszcie Matka ze snu Mariana/Jakuba – która wścieka się, że jej najdroższe dziecko dostało od kogoś klapsa. Ktoś marudził w recenzji, że bohaterki Czerwińskiej wypadają karykaturalnie. Ech … karykaturą nazwijmy raczej recenzję z tezą, którą znamy jeszcze przed jej napisaniem.

Jak to  jest miło zawsze patrzeć na aktorkę, w którą się wierzy, a która zwyczajnie nie zawodzi. I jeszcze ta dykcja piekielnie dobra!

Gdy oglądałem spektakl po raz drugi, zamiast Magdaleny Czerwińskiej wystąpiła Marta Król. Przyjemnie wypada zwłaszcza w scenach wymagających delikatności, której jej nie brakuje. Pewien kłopot mam (zwłaszcza po tym, co widziałem w wykonaniu Czerwińskiej) z „kupieniem” jej w roli Diny. Może ją jeszcze dopracuje.

„ Co słychać? Dają ci żyć te Żydy?  Jak nie, pamiętaj, zawsze masz gdzie wracać, masz
   swój pokój u mnie, a zakonnice też Cię zawsze, myślę, z powrotem na kapelana przyjmą
   z pocałowaniem nie powiem w co.”


Na koniec jeszcze kilka słów na temat najmłodszego z aktorów, Otara Saralidze. Jak on się pięknie rozwija. To już nie jest tylko wulkan scenicznej energii, ale także odbezpieczony granat emocji. Gra z fantazją, taką radością, która udziela się widzom. Mądrze i w punkt partneruje kolegom. Scena, w której jego bohater oddaje się fizycznie kapłanowi, jest magiczna. W ogóle to, co tutaj się wyczynia z teatralnymi symbolami, jest niezwykłe. Tam, gdzie inni poszliby po najprostszej linii oporu, czyli rozebrali się, puścili wiązankę przekleństw, tutaj wybiera się najtrudniejsze rozwiązania. Pewnie dlatego sens pozostaje, a forma – stoi ponad tym, co dziś budzi w wielu teatrach tak niezdrowe zainteresowanie.

Dzięki Otarowi Saralidze „Historia Jakuba” zyskuje odrobinę uśmiechu. Wystarczy przypomnieć sobie Siostrę Annę (kornet zdaje się bardzo służy aktorowi) i to jak on się bawi konwencją w tej roli. A Wikary czy Abram? Fantastycznie poprowadzone postaci, kompletne, pełne życia. Nie ma się do czego przyczepić.

„A wy czego mieliście się bać, kiedy już umarliście?”

Piękna jest w „Historii Jakuba” scenografia Szilárda Borarosa (znowu drewno, ale bardziej szlachetnie rzeźbione), fantastyczna wprost praca świateł (wielkie brawa dla Andrzeja Króla). Efektowne i pozwalające na sceniczne modyfikacje – kostiumy (Szilárd Borasos i Aneta Suskiewicz). Piotr Łabonarski przygotował odpowiednią muzykę, dobrą robotę wykonała też odpowiedzialna za ruch sceniczny Anna Iberszer.

Bohater „Historii Jakuba” jest przykładem dziecka z tzw. wagą u szyi. Tylko stara, zepsuta waga łączyła go z dawnym życiem, które zostało zmiecione z powierzchni ziemi. Waga jest też symbolem wyboru, jakiego po wielu latach człowiek ten musi dokonać, by móc jakoś poradzić sobie z prawdą, którą poznał. Jak ocenić, co było ważniejsze: poświęcenie idących na śmierć rodziców żydowskich czy dobra wola rodziców polskich, którzy przecież wcale nie musieli pomagać, zwłaszcza w tak niebezpiecznych czasach?

Dylemat opowiedzenia się za którąś ze stron będzie towarzyszył Marianowi/Jakubowi już zawsze. Nawet sny nie przyniosą ukojenia. Jedna z najpiękniejszych scen przedstawienia to chwila, gdy właśnie we śnie spotykają się obie rodziny bohatera, biologiczna i ta przybrana. Będą oskarżenia i wyrzuty. Kiedy wydarzy się coś, czego się nie spodziewaliśmy, zrozumiemy, że to, co się stało podczas wojny, determinuje już na zawsze rozdarcie dobrego człowieka, którego jedyną winą było to, że urodził się nie po tej stronie ówczesnej narodowościowej barykady.

Miałem tę przyjemność być po jednym ze spektakli na spotkaniu z księdzem Romualdem Jakubem Wekslerem-Waszkinelem, który z wrodzoną skromnością powiedział, że nigdy w życiu nie był tak silny, jak Marian ze sztuki Słobodzianka, bo gdy tamten walczył, on raczej płakał. Mylił się ksiądz, bo właśnie całym swoim życiem udowadnia, że jest wręcz przeciwnie.

Jeśli nie boicie się teatru, który podejmuje trudne tematy, jeśli brakuje Wam w teatrze jakości, wybierzcie się koniecznie na „Historię Jakuba”. Tylko tutaj zdziwi Was, że po przedstawieniu nikt nie ma ochoty klaskać, bo woli bić się wciąż z własnymi myślami.

Włodzimierz Neubart

Przyznane Chochliki:
tekst sztuki: 6
gra aktorska: 6
reżyseria: 6
scenografia i kostiumy: 6
wrażenia artystyczne: 6
razem: 30


spoty

 

unia


 

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.

© 2014 Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Pałac Kultury i Nauki, Plac Defilad 1, 00-901 Warszawa