BENT

MARTIN SHERMAN

PREMIERA 2 października 2015

Scena Przodownik

 

Berlin lat trzydziestych. Dancingi, kabarety i kluby dla gejów mają się świetnie. Do władzy dochodzą faszyści, ale nikt jeszcze nie wie, co to oznacza.  Nie interesuje to głównego bohatera sztuki Martina Shermana. Max żyje z dnia na dzień w wynajmowanych mieszkaniach, między pijaństwem, przygodnym sexem a kombinowaniem pieniędzy. Wydarzenia pewnej nocy wywrócą jego świat do góry nogami.

Sztuka mówi o prześladowaniu homoseksualistów w faszystowskich Niemczech. To  nieznany wciąż temat, przysłonięty innymi historiami. Dyskryminacja różowych trójkątów była przez lata tematem tabu, a wielu gejów po wojnie trafiło do więzienia. „Bent” to opowieść o człowieku, który boi się kochać.'- mówi reżyserka Natalie Ringler
                                                                                                        

Reżyseria: Natalie Ringler
Przekład: Rubi Birden
Scenografia/kostiumy: Aneta Suskiewicz
Muzyka: Piotr Łabonarski
Choreografia/ruch sceniczny: Wiktor Korszla
Reżyseria światła: Paweł Srebrzyński
Kierownik produkcji: Natalia Mołodowiec

OBSADA

Max: Mariusz Drężek
Rudy, Kapitan: Kamil Siegmund
Horst, Wolf: Piotr Bulcewicz
Freddie, Strażnik, Gestapowiec: Piotr Siwkiewicz
Greta, Oficer: Maciej Wyczański 

Spektakl poleca Ośrodek KARTA, wydawca książki Heinza Hegera Mężczyźni z różowym trójkątem. Świadectwo homoseksualnego więźnia obozu koncentracyjnego z lat 1939–1945



Natalie Ringler o Bencie

Zdecydowałam się wyreżyserować „Benta”, ponieważ pociągają mnie sztuki, gdzie dochodzą do głosu ludzie którzy wcześniej się nie liczyli. Zawsze interesuje mnie perspektywa słabszego, outsidera. - mówi Natalie Ringler, reżyserka "Benta" Martina Shermana. Premiera spektaklu 2 października na Scenie Przodownik Teatru Dramatycznego.


Moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu tekstu? Poczucie, ze jest to tekst niezwykle ważny. Opowiada o bolesnej historii prześladowania homoseksualistów w faszystowskich NIemczech. To jeden z tematów wciąż nieopowiedzianych, przysłonięty innymi historiami, jak np. cierpienia Żydów czy Polaków. Historia różowych trójkątów była przez lata tematem tabu, bo wielu niemieckich homoseksualistów po wojnie trafiło do więzienia. To byli ludzie niechciani, sam fakt ich istnienia był wstydem. Także dziś w pewnych kręgach homoseksualizm jest zakazany. Wciąż jako społeczeństwa nie jesteśmy, mimo deklaracji, w porządku wobec homoseksualistów. Nawet w Szwecji, gdzie zrobiono dla tolerancji bardzo dużo, sytuacja nie jest idealna. Mam wrażenie, że również w Polsce wiele się ostatnio zmieniło, ale przypadek 14-latka, który popełnia samobójstwo, bo prześladowano go i nazywano „pedałem” mrozi krew w żyłach.  Uważam że czas przestać mówić o tolerancji. To jest kwestia demokracji. Społeczeństwo demokratyczne nie może wykluczać części obywateli.

Cała wypowiedź reżyserki


Profesor Monika Płatek o spektaklu

Cały zespół, naprawdę cały zespół gra wspaniale. Aktorzy kończą, a na sali jeszcze dłuższą chwilę trwa cisza; zasznurowane są gardła, ściśnięte serca, a w głowie aż huczy od niemego wrzasku – dość, dość niszczenia ludzi, dość dzielenia ludzi tylko dlatego, że są homoseksualni.

Cały felieton

 

Recenzja Tomasza Miłkowskiego w Przeglądzie

Poruszający i ważny spektakl, w którym aktorzy (m.in. świetny Piotr Siwkiewicz), grający po kilka ról, oddają swój talent podjętemu tematowi tabu, przygotowała szwedzka reżyserka, absolwentka krakowskiej PWST, która wsławiła się sztokholmską realizacją "Naszej klasy" Tadeusza Słobodzianka. I tym razem potwierdziła swoje reżyserskie dyspozycje do tworzenia zdyscyplinowanego spektaklu, w którym wszystkie wydarzenia zmierzają do mocnego finału.


Cała recenzja


Recenzja Patryka Chilewicza

To opowieść cierpka, lecz pełna namiętności. Reżyserce Natalie Ringler udało się uniknąć patosu, o jaki łatwo w połączeniu tak trudnych i bolesnych tematów. Na wyjątkową uwagę zasługuje Mariusz Drężek, który brawurowo wcielił się w rolę głównego bohatera. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie znacie tego aktora, to musicie natychmiast nadrobić - Drężek świetnie lawiruje pomiędzy serialami i ambitniejszymi produkcjami. A widać, że zarówno apetyt, jak i talent pchają go ku tej drugiej opcji.

Cały tekst recenzji


Recenzja w Notatniku kulturalnym

Bywają spektakle łatwe w odbiorze, lekkie tematycznie, przewidywalne, takie, po których naładowani pozytywną energią wychodzimy z teatru, by żyć dalej swoim życiem. Są jednak i takie, które wywierają na nas piętno, otwierają rany, takie, które zmuszają do myślenia, czasem wywołują refleksję nad tym, jak sami żyjemy, takie, po których płakać się chce i nie da się ich zapomnieć. „Bent” jest jednym z nich...
 

Cała recenzja
 

Materiały edukacyjne

Fragment eseju Jana Gondowicza z programu do "Benta"

Od „nocy długich noży” w czerwcu 1934, gdy to wyrżnięto należącą jak jeden mąż, jeśli tak można powiedzieć, do seksualnej mniejszości elitę SA z Ernstem Röhmem na czele, homoseksualizm zmienił się w jeden z punktów schizofrenicznych reżimu. Prześladowany był w III Rzeszy tym energiczniej, im bardziej sprzyjała mu praktyka długotrwałych skoszarowań wszelkich możliwych przedstawicieli płci obojga, od żołnierzy począwszy, a kończąc na członkach (dobre słowo) i członkiniach organizacji młodzieżowych. Niebawem wspomogły go deportacje i ewakuacje. Koniecznie dodać tu trzeba usilnie wpajany ideał męskiej przyjaźni i solidarności kobiet. Jako rozproszony w tej atmosferze składnik społecznego obcowania, a przy tym niewymawialne tabu, zawładnął podświadomością zbiorową, wywołując reakcje takie, jak wyżej przedstawiona.

Tępiony był równie zajadle, jak „zbrodnia żydostwa”, jednak eksterminacja ta długo pozostawała niezauważana. W kronice dramatycznej Bent (które to słowo jest najwulgarniejszym mianem, jakim obdarzano geja) Martin Sherman, niczego nie przemilczając i nic nie upiększając, przywraca obraz wzgardzonego męczeństwa ludzi, których Hitler zwał „odpadkami natury”, a których winą było, że kochali inaczej. Przedstawia więc w istocie niesmaczną, wstydliwą i przejmującą tragedię tej generacji, która za czasów Republiki Weimarskiej przeżyła swe apogeum. I zapłaciła życiem za weimarską „zgniliznę”: jej, jakże uzasadnione, dekadenckie klimaty, prowokacje obyczajowe i erotyczny radykalizm. Ludziom tym nikt nie okazał współczucia. Przemoc wchłonęła ich i okryła niepamięcią.

„Historia narodowego socjalizmu – mówi badacz epoki, Karl Dietrich Bracher – jest historią jego niedoceniania”. To właśnie przytrafiła się w sztuce dwu berlińczykom w wieku nieco już średnim, lekkoduchowi imieniem Max i tancerzowi imieniem Rudy. Ten pierwszy, zbuntowany syn fabrykanta guzików, wiąże koniec z końcem uciekając się do dilerki i innych ciemnych interesów; drugi, artysta, to w zestawieniu z nim wzór solidności. Nie czytują gazet, nie porusza ich fakt, iż dobrze przed rokiem doszło do zmiany systemu rządów, nawet im nie zaświta, że należą do minionej epoki. Tkwią w kurczącym się światku podrzędnych kabaretów i klubów, z których się wraca nad ranem w stanie pomroczności niejasnej. I tak to trwa do chwili, gdy wyrwane w trakcie upojnej nocy ciacho – przez chwilę widzimy je nagie – okaże się cukrusiem pewnej szychy w SA, by rychło wyzionąć ducha za sprawą czyścicieli z SS. Albowiem szalona ta noc była właśnie nocą długich noży.


„Berlin – Yogyakarta”

Wystawa, pokazująca historię prześladowań gejów, lesbijek, osób biseksualnych i transpłciowych przez nazistów. Wystawę przygotowała Kampania Przeciw Homofobii. Na naszej stronie można obejrzeć ją w wersji online.

Link do całej wystawy


"Różowe trójkąty"

Zbrodnie nazistów na osobach homoseksualnych w kontekście edukacji antydyskryminacyjnej pod redakcją Katarzyny Remin. Książka wydana przez Kampanię Przeciw Homofobii.

Ponizej fragment książki i link do całej publikacji

Nigdy nie zapomnę jednego dnia, było to dokładnie 4 listopada 1941 roku. Wyszedłem z teatru, miałem trochę czasu, nie musiałem od razu wracać do domu, więc spacerowałem po ulicach, kupiłem słoik marmolady. Poczułem, że ktoś mi się przygląda. Było dość ciemno, wtedy w Toruniu były tylko lampy gazowe, ale czułem wyraźnie, że ktoś na mnie patrzy. Kto to może być? Z początku czułem się bardzo nieswojo, obawiałem się, że to może żandarmeria wojskowa, potem dostrzegłem żołnierza. Przeszedł obok mnie i się uśmiechnął. Żaden żołnierz nigdy się do mnie nie uśmiechał. Miał szary mundur - bardzo ładny, dużo ładniejszy niż te zielone mundury, przy boku mały sztylet, ale tylko dla ozdoby. Przeszedł obok i uśmiechnął się do mnie. "Hallo", "Hallo", "Guten Abend", "Guten Abend", nie żadne "Heil Hitler!". Normalnie Niemcy witali się "Heil Hitler". "Co robisz?". "Idę do domu". Nie było bardzo trudno powiedzieć po niemiecku: "Ich gehe nach Hause". "Do domu, tak wcześnie? Jest 10.00, masz jeszcze czas". Zaprosił mnie do kawiarni. Oczywiście ta kawa, to była kawa zbożowa, mówiliśmy na to w czasie wojny ersatzkaffee. Siedzieliśmy tam a ja próbowałem jak najmniej się odzywać, ponieważ mój niemiecki nie był aż taki dobry. Zapytał: "A więc idziesz do domu. Gdzie mieszkasz?". Powiedziałem mu nazwę dzielnicy, to była naprawdę kiepska dzielnica na przedmieściu, znał ją prawdopodobnie i wiedział, że nie mieszkają tam Niemcy, więc się zorientował. "Urodziłeś się tutaj?". "Tak, jestem Polakiem". "Polakiem? Więc co robisz o tej godzinie na ulicy?". "Nie martw się, pracuję w teatrze, mam przepustkę, wolno mi zostać do północy". Siedzieli tam również inni ludzie, pewnie bał się, że ktoś usłyszy naszą rozmowę łamaną niemczyzną i powiedział: "Chodźmy stąd".

 "A więc mieszkasz na Mokrem? Czy mogę cię odprowadzić?". "Tak, proszę" Widziałem, że wybiera takie ulice, gdzie nie było ludzi. Nigdy nie zapomnę, że padał śnieg. Pierwszy śnieg w listopadzie. A ja w teatrze zawsze starałem się ładnie wyglądać i miałem na sobie półbuty. Owszem, były ładne, ale na ten głęboki śnieg zupełnie się nie nadawały. Nigdy tego nie zapomnę, wziął mnie - tak jak dawniej ojciec, kiedy byłem dzieckiem - na barana i przeniósł przez śnieg na drugą stronę ulicy. To było bardzo miłe,  rozmawialiśmy, traktował mnie tak, jak nikt mnie dotąd nigdy nie traktował. W końcu powiedziałem mu, żeby już dalej ze mną nie szedł, nie chciałem, żeby ktoś zobaczył, że niemiecki żołnierz odprowadza mnie do domu.


Link do książki
 

Joanna Ostrowska "Wyklęci" /Tekst przewodni do programu spektaklu/

W 1869 roku urodził się Theodor Schaaf. Postać całkowicie anonimowa. Żył równo siedemdziesiąt cztery lata. Niektórzy powiedzieliby pewnie, że to w sumie bardzo piękny wiek. Dokładna data śmierci tego mężczyzny to 17 listopada 1943 roku. Nic nie wiadomo na temat jego życia przed ostatnim „epizodem”. Można się jedynie zastanawiać, jakie poglądy polityczne miał Schaaf, jakiego był wyznania, czy kiedykolwiek związał się z kimś na stałe, czy być może był człowiekiem samotnym. Czy palił papierosy a może nie stronił od alkoholu?

W 1871 roku ten mężczyzna był malutkim chłopcem – miał równo dwa lata. Dokładnie wtedy w kodeksie karnym Cesarstwa Niemieckiego pojawił się paragraf 175, który penalizował „stosunki homoseksualne” wśród mężczyzn, uznając je za „nienaturalne” i „niemoralne”. W 1935 roku paragraf 175 został zaostrzony w wyniku nowej polityki społecznej nazistowskich Niemiec. Od tego momentu każde zachowanie uznane za homoseksualne – pocałunki, dotyk, trzymanie się za ręce groziło aresztowaniem. Theodor Schaaf kończył wtedy sześćdziesiąt sześć lat. Być może przez całe swoje życie żył „w cieniu” albo wychował dzieci i postanowił rozstać się ze swoją żoną i wreszcie spróbować żyć inaczej, niż dotychczas. Być może „czas maskowania”, który panował w środowisku osób homoseksualnych w Niemczech od 1933 roku, nie był dla niego żadnym zaskoczeniem. W jaki sposób został ujęty przez policję – nie wiadomo. Czy zadenuncjował go zbyt gorliwy sąsiad oburzony zachowaniem starszego pana? Albo trafił do jednego z klubów branżowych, w którym akurat odbywała się łapanka? Kiedy dokładnie został ujęty przez nazistowskich kontrolerów moralności społecznej i czy przed ostatnim miejscem swojego pobytu przebywał jeszcze w innych instytucjach penitencjarnych – nie wiemy. Czy ktoś z jego rodziny walczył o jego wypuszczenie? A może próbował uciekać, ale nie starczyło mu siły?

Schaaf był najstarszym więźniem KL Dachau, który nosił na swoim obozowym ubraniu symbol różowego trójkąta. Przed transportem do tego obozu na początku drugiego tygodnia września 1942 roku, był więziony w KL Natzweiler. Nie wiadomo, jak długo tam przebywał. W Dachau otrzymał numer pięciocyfrowy – 50725. W tym obozie przetrwał tylko dziewięć tygodni – niewiele ponad dwa miesiące. Zmarł w listopadzie 1943 roku. W tym czasie w KL Dachau – modelowym obozie koncentracyjnym w systemie nazistowskich jednostek penitencjarnych próbowało przetrwać, wśród wielu tysięcy innych więźniów, stu czterdziestu pięciu homoseksualnych mężczyzn oznaczonych różowymi trójkątami.

Theodor Schaaf, podobnie jak tysiące innych homoseksualnych ofiar nazizmu – mężczyzn i kobiet – był prześladowany za swoją orientację homoseksualną. Narażeni na denuncjacje, łapanki, bicie, tortury, byli powoli usuwani z narodowosocjalistycznego społeczeństwa, w którym najważniejszą metaforą miała być czystość. Homoseksualiści i lesbijki symbolizowali brud i niebezpieczną zarazę. Postanowiono ich przymusowo reedukować w ciężkich więzieniach i obozach koncentracyjnych. Izolowano ich od innych więźniów, ostro kontrolowano, „leczono” ciężką fizyczną pracą i głodowymi racjami żywnościowymi. W kolejnym etapie – niejednokrotnie kastrowano, sterylizowano albo wykorzystywano w eksperymentach medycznych. W 1944 roku czterech mężczyzn – Johann (32 lata), Bernhard (55 lat), Gerhard (23 lata) i Karl (32 lata) było królikami doświadczalnym dr Carla Vearneta, który wszczepił im „sztuczny męski gruczoł płciowy”. Uważano, że to pozwoli ich wyleczyć z homoseksualizmu. Nie wiadomo dokładnie, jakie były ich dalsze losy tych ludzi.
 
Jeśli nawet tych czterech więźniów torturowanych w obozie w Buchenwaldzie przetrwało, to po wojnie nadal żyło w cieniu swojej wyklętej, powszechnie nieakceptowanej przeszłości. Nie tylko musieli ukrywać swojej doświadczenia z okresu nazistowskiego, ale również żyli w strachu, że w każdej chwili mogą znów wrócić do piekła. Paragraf 175 w niemieckim prawie przetrwał wojnę i wyzwolenie. Jego zaostrzona, nazistowska wersja została usunięta dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku (RFN-1969, NRD-1968). Heinz Dörmer – były więzień KL Neuengamme, między rokiem 1945 a 1963 spędził kolejne osiem lat w niemieckich więzieniach. Jego koszmar prześladowań z powodu orientacji homoseksualnej trwał nadal. Zmarł w 2001 roku (88 lat) i nigdy nie otrzymał żadnego zadośćuczynienia za swoje cierpienie. Nigdy nie został uznany za ofiarę. To on w filmie dokumentalnym Paragraf 175 (reż. Rob Epstein, Jeffrey Friedman) mówi o „śpiewającym lesie”. Bardzo powoli, wręcz niewyraźnie opowiada o karze słupka w obozie, o ludziach wiszących na hakach, którzy krzyczeli w niebogłosy: „Wycie i krzyki były wręcz nieludzkie. Śpiewający las. Niewytłumaczalne”.

Powojenne prześladowania, strach przed składaniem relacji, próby ucieczki od przeszłości to doświadczenia wielu mężczyzn i kobiet: Karla Goratha, Annette Eick, Pierre’a Seel, czy Stefana K. i tysięcy innych, którzy nigdy nie odważyli się mówić otwarcie o swoich prześladowaniach. Pozostali „w cieniu”, podobnie jak inne zapomniane ofiary nazizmu, a ich czas maskowania nigdy się nie skończył. To właśnie o nich opowiada Bent – sztuka autorstwa Martina Shermana (1979). To oni mają na imię: Max, Rudy, Horst, Greta i Freddie. To oni zginęli w obozie albo udało im się przetrwać wojnę, jednak nadal pozostają wyklęci.
 

Czas trwania spektaklu: 2 godz. 10 min / przerwa/

fot. Katarzyna Chmura-Cegłowska


 


spoty

 

unia


 

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.

© 2014 Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Pałac Kultury i Nauki, Plac Defilad 1, 00-901 Warszawa