Papierowy Matołek
.
pisze Justyna Czarnota z Nowej Siły Krytycznej

Ondrej Spišak wysyła Koziołka Matołka w podróż przez współczesny świat. Taki, który znamy z telewizji, gazet, plotek i własnych obserwacji. Cud, że temu naiwnemu zwierzakowi udaje się pokonać wszystkie trudy i pozostać tym samym stworzeniem - ciekawym świata, żądnym przygód prostodusznym Krzysiem.

Reżyser spina historię sympatycznego Koziołka klamrą telewizyjną - informację o podkuwaniu kóz w Pacanowie podaje reporterka, ona też dementuje plotkę z ekranu. Ten gest dramaturgicznie uzasadnia wyprawę Matołka, ale także pokazuje wpływ telewizji na społeczeństwo. Przy okazji podważa rzetelność tego środka przekazu. Świat masmediów pojawia się w spektaklu kilkakrotnie a jego krytyka jest wielopoziomowa. Wystarczy przypomnieć jedną z ważniejszych scen - wywiad z Matołkiem jako zwycięzcą turnieju narciarskiego, dokładnie i z każdej strony obfotografowanym i pytanym na tę okoliczność o receptę na sukces, szczęście i wizję świata. Walka o rękę księżniczki to wypisz wymaluj zmagania w programie typu "Idol" czy "X Factor", gdzie liczy się show, a Koziołek z tęsknym meczeniem do rytmu pozytywki stoi na przegranej pozycji. Spišak wpisuje przygody sympatycznego zwierzaka w kontekst współczesny, powszechnie znany wszystkim widzom. Umieszcza go w codzienności, dlaczego początek wyprawy to pojawienie się Koziołka na ruchliwej drodze, trąbienia samochodów, głośne hamowanie i krzyki. Smok okazuje się olbrzymim pojazdem, pod który wpadł nasz bohater. Trafiając nad Wisłę, Krzyś spotyka grupę kiboli, wymachujących szalikami. Z takich zwykłych-niezwykłych sytuacji tworzona jest rzeczywistość spektaklu.

Słowa tworzona używam celowo, inscenizacja powstaje bowiem na naszych oczach. Cała scenografia została wykonana z papieru, jedynie kilka elementów najbardziej pracochłonnych przygotowano wcześniej (np. strój mandaryna), resztę stwarza się na bieżąco. Wszystkie elementy są wielofunkcyjne - narty stają się górami, by za chwilę przeobrazić się w samolot. Centralny punkt sceny zajmuje sztaluga, na której zawieszono rolkę szarego, dość grubego papieru. Przy pomocy markerów i nożyków, w które wyposażeni są aktorzy, powstają kolejne płynnie zmieniające się światy. Duże znaczenie w ich kreowaniu ma operowanie światłem, dzięki czemu udaje się na scenie stworzyć morską głębinę, tęczę, ale też scenki oparte na technice teatru cieni. W ten ostatni sposób zobrazowana jest na przykład historia o wizycie w mieście, gdzie kat odcinał głowę za posiadanie brody. Scena ścięcia Koziołka jest naprawdę wiarygodna i przyznać należy, że cień kata wygląda naprawdę groźnie. Gdy wyłania się z zza kurtyny z papierową torbą na głowie i tekturowym toporkiem - budzi tylko śmiech.

Po dwóch stronach sceny znajdują się instrumentaria - puste i napełnione wodą miski, kieliszki i szklanki, konewka, tuba, pumeks. Dźwięki są proste, ale też sugestywne, np. odgłosy morza tworzą bulgoczące w szklance bąbelki, a ulewa to efekt wylewającej się z konewki wody. Brzmienia działają na wyobraźnię, a że proces ich wytwarzania odbywa się na naszych oczach - mogą stać się natchnieniem do zabaw dla dzieciaków. Podobnie zresztą jak cała inscenizacja. Spišak przypomniał mi zabawy w dom, w którym wszystkie elementy powstawały z papieru - od samej fasady budynku, poprzez meble, ludziki i ubrania dla nich. Pamiętam, że takie stwarzanie świata zajmowało mi nieraz kilka tygodni, angażując zresztą również moich rodziców. Dość już sentymentalnych spojrzeń w przeszłość, wróćmy jeszcze na chwilę do spektaklu.

W tytułowego bohatera wciela się Paweł Domagała. Jest rozbrajająco naiwny, ciapowaty, prostodusznie wierzący, że dźwięki pozytywki - najważniejszego (ważniejszego od brody!) atrybutu, powinny podbić każde serce. Spišak wpuszcza go w codzienność jako tabulą rasę i pilnuje, by doświadczenia nie wywarły nań żadnego wpływu, żeby na zawsze, w każdej historii pozostawał lustrem, krzywym zwierciadłem pokazującym paradoksy, ułomności i śmiesznostki współczesnego świata. Choć i on uległ na moment pokusie i w balonie pychy uleciał pod chmury Cóż, każdy ma moment słabości, najważniejsze, że potrafi się z niego otrząsnąć i z powrotem być sobą, co w dzisiejszym świecie wcale takie łatwe nie jest.

Paradoksalnie, tytułowa rola wcale nie jest dla tego spektaklu najważniejsza. Już pierwszy rysunek na papierowej kartce na sztaludze uruchamia fantastyczny wieloosobowy mechanizm, który będzie działał nie tylko coraz sprawniej, ale i coraz szybciej. Pozostali aktorzy wcielają się bowiem kolejno w postaci spotykane przez Koziołka w podróżach. Jako aktor o stu twarzach najlepiej sprawdza się Wojciech Solarz - udaje mu się tworzyć wyraziste kreacje; za pomocą zmiany tembru głosu, jednego przejrzystego gestu, drobnego rekwizytu powołuje do życia sarmackiego Twardowskiego, dumnego bociana czy prostodusznego kowala Kozę. We wszystkich działaniach aktorskich widoczne jest zafascynowanie aktem kreacji, samodzielnego tworzenia rzeczywistości scenicznej na oczach widzów. Energia występujących przelewa się na publiczność.

Oglądałam ten spektakl dwukrotnie, próbując przybrać odmienną perspektywę - za pierwszym razem dziecka tkwiącego we mnie, za drugim - dorosłego. Dwa razy ubawiłam się setnie i szczerze uśmiałam, i mam ochotę na jeszcze. Ten spektakl jest zupełnie jak "Pipi Pończoszanka" w Teatrze Dramatycznym - znasz dialogi na pamięć, a ciągle ci mało. W Dramatycznym za sukces spektaklu odpowiada niewątpliwie Dominika Kluźniak, grająca tytułową rolę. Ten powstały 4 lata temu spektakl to przykład prawdziwego teatru familijnego, który mając pewnie potencjał buntowniczy, jest jednocześnie nienachlanie dydaktyczny. "Koziołek Matołek" to kolejny krok na ścieżce nowoczesnego myślenia o teatrze familijnym właśnie - podwójnie kodowanym, atrakcyjnym dla dorosłych i dzieci, ale nie w taki sposób jak "Czerwony kapturek. Ostateczne stracie", czy filmowa wizja Królewny Śnieżki - "7 krasnoludków. Historia prawdziwa", które pod dziecięcym sztafażem kryją przesłanie dla dorosłych. Przypomina to raczej toruńską wersję "Na Arce o ósmej", gdzie smaczki są sprytnie wplecione w strukturę przedstawienia, immanentnie, acz dyskretnie w nią wpisane. Na Woli czarownica porywająca Koziołka zainteresowania jest erotycznym schrupaniem Matołka (tańczą "El Tango De Roxenne", podkładając prościutkie słowa za-zu-zi). Gdy jeden z koziołków sika do wazonu, wyrasta z niego kwiat przy dźwiękach cichutko nuconego "O mój rozmarynie". Wojna w Afganistanie, gdzie trafia Krzyś, też zmusza do refleksji raczej starszych niż młodszych widzów tego spektaklu. Najważniejszy i wart dobitnego podkreślenia jest brak kiczu, tandety. Zwracam na to szczególną uwagę, bo sposób rozczytania tekstu Kornela Makuszyńskiego nasuwa na myśl powstały w Bydgoszczy spektakl Łukasza Gajdzisa "Brzechwa 2. Szelmostwa Lisa Witalisa", który zresztą niedawno gościł na małych Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Młody reżyser także - a nawet bardziej zdecydowanie - wpisuje przygody zwierzęcego bohatera we współczesność, widzi Witalisa jako polityka-oszusta i piosenkarza-celebrytę. Garściami czerpie z popkultury, posługuje się radiowymi piosenkami, świecącymi strojami, układami choreograficznymi. Ten postmodernistyczny misz-masz w ogóle do mnie nie przemawia. Reżyser gra kiczem w sposób, który bardziej odrzuca, niż zachwyca. Przekonuje mnie za to wizja Spišaka. Jego diagnoza współczesności wcale nie jest mniej ostra, wręcz przeciwnie, zaskakuje celność spostrzeżeń i sądów. A warstwa muzyczno-inscenizacyjna jest w tym przypadku nieporównywalnie atrakcyjniejsza, co stawia "Koziołka Matołka" bardzo wysoko na mojej prywatnej liście najlepszych spektakli.

Justyna Czarnota
Nowa Siła Krytyczna
06-06-2011

spoty

 

unia

 

INSPEKTOR OCHRONY DANYCH OSOBOWYCH
iod@teatrdramatyczny.pl

 


 

Ta strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.

© 2014 Teatr Dramatyczny m. st. Warszawy
Pałac Kultury i Nauki, Plac Defilad 1, 00-901 Warszawa